AZJATYCKI TRYPTYK cz. 1. Filipiny

Prolog:

W Polsce jest -15 stopni. Oprócz mrozu dokucza nam zmęczenie. Jest 7 rano. Mieszkamy w Gdańsku. Pociąg do Katowic wyruszył wczoraj o 21. Już prawie jesteśmy na lotnisku w Pyrzowicach. Jeszcze chwila i zasnę w samolocie na Filipiny. Wcześniej stewardesa przejdzie przez pokład samolotu, sprawdzi czy podróżni zapięli pasy, po czym życzy nam przyjemnego lotu. Kapitan przedstawi się, poda temperaturę na miejscu, do którego lecimy. Słyszałem to tyle razy i za każdym jest to zupełnie wyjątkowe.

Thrilla in Manila

Manila to największy moloch jaki w życiu widziałem. Wraz z przedmieściami to ponad 20 milionów mieszkańców. Niskie, krzywe i krzykliwe domki, za którymi wyrastają wysokie drapacze chmur. Wszędzie pełno samochodów. Chaos budowlany, chaos drogowy. Łapiemy taksówkę z lotniska do hostelu. Najlepiej wyjść kawałek za lotnisko i łapać białe taksówki, tak wychodzi dużo taniej. Droga dłuży się niemiłosiernie, więc kierowca zagaduje:

– Skąd jesteście?
– Z Polski.
– Poland? To w Stanach Zjednoczonych?

Niecałe 10 kilometrów pokonujemy w niecałe dwie godziny.

Szybki meldunek, szybki prysznic, krótka drzemka i ruszamy zwiedzić historyczne centrum, znane jako Intramuros. Wokół uliczki, przy której znajduje się nasz hostel rozlokowali się uliczni sprzedawcy jedzenia. Przywiązane na sznurek koguty dają głośno znać, że pragną wolności. Dzieci podbiegają i zaczepiają nas. Ktoś pyta co słychać, ktoś inny tylko obserwuje chowając się w cieniu sklepowego zadaszenia. Na końcu ulicy znajduje się centrum handlowe. Przed wejściem stoi policja z długą bronią. Zanim zjemy obiad musimy jeszcze pokazać ochronie plecaki i przejść przez bramki kontrolne. Mam deja vu. Znowu jesteśmy na lotnisku?

 

 

Najedzeni chcemy wreszcie dostać się do Intramuros. Pytam stojącego przy wyjściu strażnika o numer autobusu i kierunek. Po chwili rozmawia już dwóch strażników. Wychodzą pogadać z uzbrojoną policją, która pilnuje wejścia, a potem krótkofalówką wzywają pomoc. W końcu jeden z nich prowadzi nas do taksówki, a kierowcy tłumaczy dokąd ma nas zawieźć. Korki. Jedziemy już ponad pół godziny.

 

 

Manila uchodzi za miasto niewarte uwagi. Brzydkie i niebezpieczne. To krzywdząca opinia, choć jest w niej ziarnko prawdy. Ludzie są życzliwi, zainteresowani, traktują turystów jak gości w domu, a nie dojne krowy. Myśląc o tym obserwuję rytm miasta w swoich godzinach szczytu. Na ulicy siedzi dwóch brudnych, chudych chłopców z rozczapierzonymi włosami. Samochód staje na światłach, a młodzi spoglądają w naszą stronę. Dwa światy, poczucie niesprawiedliwości. Wiem, że empatia nie zmieni świata. Zmienić świat, a przynajmniej życiu kilku dzieci mogą natomiast fundacje, które zajmują się niesieniem pomocy dzieciom ulicy. Chwilę później mijamy jedną z siedzib takich fundacji. Jesteśmy już na miejscu. Płacimy mniej niż 20 złotych i wysiadamy.

 

 

Nadchodzi wieczór, ale upał wciąż daje o sobie znać. Oglądamy zabudowania, których historia sięga XVI wieku. Przy kościele św. Augusta zaczepia nas kierowca trycykla. Oferuje przejazd po okolicy, ale na nas już pora. Łapiemy kolejne taxi, uzgadniamy cenę i jedziemy na lotnisko. Tym razem, mimo korków droga mija niespodziewanie szybko, a rozmowa z taksówkarzem nigdy nie była taka ciekawa.

– Jak to jest z tym waszym prezydentem? Duże ma poparcie?
– Rodrigo Duterte… Ekhm… No, jedni go lubią inni nie za bardzo.
– W polskich mediach mówią, że walczy z kartelami narkotykowymi. Macie tutaj problem z narkotykami?
– Mamy, wiele osób jest uzależnionych.
– Od czego?
– Metamfetamina, są też inne narkotyki, ale to z nią jest największy problem – tłumaczy rozmówca, a ja przypominam sobie wysuszoną i wyniszczoną twarz, wychudzonego przechodnia, którego minęliśmy wcześniej. Pewnie widzieliśmy jedną z ofiar narkobiznesu, który na Filipinach zbiera śmiertelne żniwo. Wystarczy przypomnieć, że za rządów obecnego prezydenta w filipińskich slumsach policja zastrzeliła prawie 4000 osób. Jeśli dodać do tego samosądy, to nieoficjalnie mówi się nawet o 13 000 ofiar.
– A jak z bezpieczeństwem na Mindanao? To prawda, że na Filipinach jest problem z ISIS?
– Tak, ale tylko na południu, to jakaś garstka świrów – odpowiada bagatelizując problem taksówkarz – u was też były zamachy – dodaje.
– W Polsce?
– No, tak.
– Nie, w Polsce nie było zamachów (przypominam sobie zamach na Gabriela Narutowicza, ale wątpię, żeby to miał na myśli kierowca). W Anglii, we Francji, w Hiszpanii czy w Niemczech tak, ale nie w Polsce. Jak Wam się żyje wśród muzułmanów?
– Dobrze.
– Ale większość mieszkańców kraju to katolicy, prawda?
– Tak, ale muzułmanie byli tu od zawsze, na południu. To z fanatykami mamy prawdziwy problem.
– To jak Ci się tu żyje, nie zastanawiałeś się nad wyjazdem?
– Mieszkam tu od urodzenia, nie wyobrażam sobie wyjeżdżać, bo i dokąd, po co? – pyta zaskoczony i rozbawiony, po czym dodaje – zapiszcie mi tu swoje imiona, znajdę Was na facebooku i zaproszę do znajomych.

Wysiadamy przy wejściu na lotnisko. Za kilka godzin poznamy inne oblicze Filipin. W miejsce zatłoczonych ulic i wysokich biurowców, pojawią się palmy i lazur oceanu. Za dwie godziny będziemy już siedzieć w samolocie na Palawan.

Poczekalnia. Jesteśmy skołowani. Jakby nie liczyć to mija już prawie druga doba bez snu. Podchodzimy do kontroli bagażu. Judyta robi się nerwowa.
– Zostawiłam czytnik e-booków. Wracamy – stwierdza krótko, więc nie ma o czym dyskutować. Przeciskamy się przez wąski korytarz, z powrotem do poczekalni. Z miejsca, na którym siedzieliśmy podnosi się uczciwy znalazca. Dobry samarytanin oddał go bezinteresownie do ochrony, która przekazuje go Judycie, a sami zmniejszamy balast o upominek przewidziany dla hostów. Dobro musi wrócić.

 

Palawan – raj w cieniu turystyki

Lądujemy w Puerto Princessa. Ledwo wychodzimy z lotniska, a już znajdują się dwa wolne miejsca w busie do El Nido. Nie tracimy czasu, wieczorem znajdziemy się w Corong Corong. To niewielka miejscowość, granicząca z El Nido, ale znacznie spokojniejsza. Kierowca przed podróżą robi znak krzyża i ruszamy. Od czasu do czasu przejeżdżamy linię ciągłą, żeby wyprzedzić kilka trycykli. Parę kilometrów za miastem kierowca spogląda we wsteczne lusterko, na którym buja się niebieski różaniec. Po drodze zatrzymuje nas wojsko. Check point. Otwarte drzwi, przez które spogląda na nas żołnierz, przypominają o strasznym upale.

– Any mango? – pyta zaglądając do wnętrza vana wojskowy. Ależ kusi mnie odpowiedzieć ,,Yes sir, two and big please”. Oczywiście nie chodzi mu o sprzedaż, a szepty w mojej głowie milkną. Wszyscy zgodnie zaprzeczamy i wyrzekamy się mango, którego nie wolno tu wwozić. Grozi to zainfekowaniem plantacji, a nikt przecież nie chce niszczyć lokalnych zbiorów. Autobus rusza. Wokół nas dżungla, a nad nami błękitne niebo. Przy drodze ustawiono duże plansze ze słowami modlitwy „Ojcze nasz” w języku angielskim. Filipińczycy są bardzo pobożni. Kilka godzin później mamy kolejny postój. Tym razem zatrzymujemy się przed przydrożną knajpką, a więc to przerwa na kolację i toaletę. Od godziny jest już po zmroku, a na ulicach nie widać wielu latarni. W ogóle niewiele tam widać, ale niedoświetlone ulice to błahostka. Prawdziwe wyzwanie przychodzi gdy chcemy zamówić jedzenie. Wchodzimy do knajpki, chociaż wszystkie światła są wygaszone.

– Zamknięte? – dziwi się kelnerka – Nie, oczywiście, że otwarte. Co zjecie?

– A co jest?

– Wszystko co tu widać. – odpowiada sprzedawczyni. No, problem w tym, że właśnie nic nie widać. Kolektywnie świecimy latarkami i wybieramy kurczaka w curry. Ryż ciepły, ale mięso zimne. To nic, na Syberii przecież było gorzej. Biorę kęs mięsa i słyszę, że coś mi chrupie w  ustach. Kość! Pierś z kurczaka krojona w kostki z kostkami. Poddaję się. Dojadam ryż i wracam do vana.

Na miejsce docieramy po 21.  Przystanek autobusowy mieści się 5 minut pieszo od naszego hostelu. Zapach smażonego mięsa miesza się ze spalinami. Jest gwarno i duszno, widać, że kurort żyje. Meldujemy się i płacimy, po czym zgodnie stwierdzamy, że zrobiliśmy najgorszy interes w życiu. Pokój bez klimatyzacji, za to z grzybem, pleśnią i smrodem. Następnego dnia, uda nam się zmienić tę jamę zła, na nieco przytulniejszy pokój, w którym nie było już grzyba.

 

 

Chcesz się rozczarować Palawanem? W takim razie zacznij zwiedzanie od plaży w Corong Corong, a potem wybierz się do El Nido. Popełniamy te błędy, ale wniosek jest jeden – trzeba wypożyczyć skuter i pojechać trochę dalej. Takim sposobem udaje nam się odwiedzić najwspanialsze plaże jak Las Cabanas, Lio, czy kultowa już Nacpan. Najpierw odpoczywamy na Nacpan, a potem zatrzymujemy się na Lio Beach. Plaża znajduje się tuż obok lotniska El Nido, można z niej obserwować lądujące i podrywające się samoloty. Darmowy dostęp do Internetu i bezpłatne leżaki mogą sugerować, że trudno zwabić tu turystów. Ależ skąd, tu jest naprawdę pięknie!

 

Nacpan beach

Lio beach

 

Słońce daje się we znaki. Schowany w cieniu palmy gapię się na ocean. To miejsce jest idealne, nie pasują do niego problemy. Utwierdzam się w przekonaniu, że to nieciekawe miejsca tworzą najlepsze tło ciekawych historii. Zatłoczone chodniki i zakorkowane ulice Manilii, gdzie widać ludzkie troski nie są najlepszym miejscem na wypoczynek, ale to tam zagadują nas mieszkańcy, to tam widać paradoksy prawa czy troski społeczeństwa. Tu jest raj. Raj, za którym skrywają się te same problemy co w stolicy, ale jednak mieszkańcy dbają o to, żeby turysta nie wychodził ze swojej strefy komfortu. Nie musi poznawać kultury, nie powinien widzieć biedy i innych problemów. Wystarczą mu przecież plaże, wcale nie musi wyściubiać nosa tam, gdzie nikt go o to nie prosi.

 

 

Wracamy do Corong Corong. Czujemy jak bezlitosne jest filipińskie słońce. Na nic zdały się kremy z filtrem. Nogi i ręce mamy czerwone jak cegła. Kręcimy się jeszcze po okolicy hostelu. W poszukiwaniu świeżych owoców trafiamy na okoliczne targowisko. Lubię łazić po targach, to miejsca pełne lokalnego folkloru. Tak było w Gruzji, w Peru czy w Rosji. Tak  jest też na Filipinach. Nieznośny zapach suszonych ryb, mieszający się z aromatem owoców i warzyw tworzy nieprzyjemną mieszankę, ale warto było tu trafić – kupujemy dwa soczyste manga i zadowoleni wracamy do hostelu. W naszym pokoju jest jeszcze zbyt duszno, żeby zasnąć, więc wieczór spędzamy na tarasie. O tej porze nie ma tu zbyt wielu rozrywek. Można iść się napić albo po prostu odpocząć. Internet w hostelu po godzinie 15 przestaje działać, więc najlepszym sposobem na wieczór jest odpoczynek i popijanie kokosowego Buko Shake’a. Z czasem staje się to naszym codziennym rytuałem. Tak samo jak gapienie się na jaszczurki biegające po suficie. Nasz hostel jest kiepski, ale próba znalezienia czegoś porządnego spełzła na niczym. Albo jest bardzo drogo albo jest zajęte.

– Sir, this is Palawan, we never have free rooms – usłyszałem w odpowiedzi na pytanie o wolne miejsca do spania. Jeśli chodzi o bazę noclegową, to zdecydowanie nie warto iść na żywioł. Jest już późno. Pora iść spać.

– Alarm – dobiega z oddali stłumiony głos – Ewakuacja, biegnij, biegnij! Zbudź się! – Podnoszę głowę i faktycznie słyszę głośny rytmiczny pisk. Jezu! To w naszym pokoju! Co się dzieje? Wychylam głowę za łóżko i znajduję nasz „alarm”. Jest włochaty, przerażony i ma podniesiony ogon. Nie wiem jak się wabi, ale rano miauczał na werandzie, a teraz wlazł do pokoju przez okno i nie wie jak wyjść. Otwieram drzwi dachowcowi. Alarm milknie. Po chwili jednak słyszę kolejny – tym razem krzyczy narzeczona. Biegnę na ratunek, gotowy na walkę z wężem czy pająkiem. Tym razem zwierzyniec uzupełnił karaluch, który wyskoczył z papieru toaletowego. Nie wiem czy jeszcze dziś zasnę.

Ostatecznie sen przyszedł po jakiejś godzinie, a rano, po śniadaniu wybieramy się na Island Hopping. To chyba największa atrakcja, która czeka na turystów na Palawanie. Do wyboru są cztery różne rejsy, każdy z nich przewiduje inne atrakcje. Wybieramy Tour C, który opływa miejsca z najpiękniejszą rafą koralową na Palawanie. Nawiasem mówiąc, wiele rzeczy załatwia się tu na słowo. Wczoraj zapłaciliśmy 1400 pesos za wycieczkę i nie dostaliśmy żadnego potwierdzenia. Jakoś to jednak działa, bo właśnie siedzimy w łodzi. Czeka nas całodniowy rejs na pięć bezludnych wysp. No, oficjalnie bezludnych, niestety turystów jest bez liku. Szczęście uśmiecha się do nas dopiero na trzeciej wyspie. Jest pusta. Organizator przygotowuje nam pyszny obiad, a w tym czasie my zachwycamy się niezwykłą rafą, niebieskimi rozgwiazdami i kolorowymi ławicami ryb. Lazur wody, palmy, rafa koralowa i na całej plaży nie więcej niż 12-15 osób. Każdy znajduje tu kawałek piasku dla siebie i cieszy się tym miejscem na swój sposób. Pływając, nurkując, jedząc albo po prostu leżąc w słońcu czy cieniu palmy. Raj.

 

 

Zwiedzanie ostatniej wyspy jest opcjonalne. Łódź i tak się zatrzyma, a czy zapłacimy 6,50 zł i ją zwiedzimy czy posiedzimy pół godziny na pokładzie to już nasz wybór. Oczywiście wyskakujemy na ląd i dziwimy się co to za licho. Sanktuarium, opuszczony hotel i wysoka formacja skalna na malutkiej wyspie? To wygląda zabawnie, ale na swój sposób uroczo. Podobno opłata ma pomóc odbudować ten opuszczony hotel. Dawniej prowadziła go niemiecko-filipińska para, która przeniosła się do Europy. Budynek niszczeje, a mieszkańcy chcą wziąć sprawy w swoje ręce i przywrócić mu dawny blask. Ile jest w tej historii prawdy? Przyznam, że nie mam pojęcia, ale faktycznie dobrze byłoby odbudować ten budynek. Wracamy na łódź. Włączamy się w rozmowę pary Wenezuelczyków z Niemcami. Temat dotyczy aktualnej sytuacji politycznej w państwie z Ameryki Południowej.

 

 

– Musieliśmy wyjechać. A teraz to już wilczy bilet. Na miejscu jest straszna bieda, hiperinflacja, przemoc, rozboje. Państwo wspiera żywnością najniższą warstwę, zapewniając sobie jej poparcie. Każdy krytyk władzy nazywany jest imperialistą i złym amerykańskim kapitalistą – tłumaczy mi młody informatyk, który uciekł ze swojej ojczyzny.

– To całkiem jak w Polsce jeszcze 30 lat temu. Wtedy u nas był komunizm, system totalitarny. Dziś jest wolność, mam nadzieję, że u Was też wszystko się poukłada.- staram się pocieszyć kompana. Rozmowę przerywa odpalony silnik łodzi. Zaraz ruszymy w kierunku El Nido. Stamtąd trycyklem do hostelu. Jesteśmy wyczerpani, kładziemy się spać. Może dziś nie obudzi nas kocur. Budzi nas za to piejący kur. Za oknem słychać warkot silnika. Mimo, że jest jeszcze wcześnie, to wysoka wilgotność i temperatura nie pozwalają spać. Pora ruszać w drogę.

Jadąc skuterem co chwilę mijamy miejscowych, którzy pozdrawiają nas kiwnięciem głowy lub podniesioną ręką. Tym razem zatrzymujemy się przy małej knajpce. Hamburgery po 2 złote za sztukę. Lepsze niż w fast-foodzie na literę M. Licznik paliwa spadł już o połowę. Gdzie najbliższa stacja benzynowa? Pewnie w El Nido, pytanie po co jechać na stację. Benzynę kupujemy w przydrożnym, wiejskim sklepiku. Sprzedawca „tankuje” nasz skuter prosto z butelki po Boracay albo po Coca-Coli, w zależności gdzie akurat tankujemy. Bardzo lubię kiedy wskazówka pokazuje pełen bak. Razem z urlopem dają zestaw nieskrępowanej wolności.

 

,,Stacja benzynowa"

 

Rozpędzamy się, a podmuchy wiatru w połączeniu z prawie pustymi drogami Palawanu stają się jednym na najpiękniejszych doświadczeń z tej wyspy. Im dalej jedziemy, tym ciekawszy jest krajobraz. Więcej kulturowych ciekawostek i coraz mniej turystów. Mijamy Nacpan, ale tym razem nie skręcamy na plażę. Jedziemy prosto. Słońce daje w kość. Zatrzymuję skuter w małej miejscowości i kupuję colę.

 

 

– Szklana butelka jest kaucjowana, muszę ją za chwilę oddać – mówię do Judyty, sącząc słodki napój przez słomkę. Okolica jest piękna. Kościół, szkoła, szutrowe drogi. Jest tu dużo spokojniej niż w kurorcie. Ruszamy dalej. Skręcamy w kierunku plaży Duli. Droga jest kręta i wyboista. Przejeżdżamy przez most, na którym mija nas ogromny bawoł. Siedzi na nim kilkuletni chłopiec, a dwóch kolejnych zajmuje miejsce w drewnianych saniach, w które zwierz jest zaprzężony. Wszyscy się do nas szczerzą i machają w naszą stronę. To niesamowite jak niewiele trzeba tu ludziom do szczęścia. Nie muszą bić się o najlepsze stanowiska w pracy czy stopnie w szkole, o najnowsze telefony i coraz droższe samochody. Młodzi i starsi żyją tu innym rytmem niż my, ludzie zachodu. Żyją wolniej, więcej się uśmiechają. To cudowne. Mija nas busik, na którego zderzaku widnieje napis „Lead me Lord”. Myślę teraz o sobie z lekkim zażenowaniem, z poczuciem bezradności, z poczuciem odpowiedzialności za naszą skupioną na konsumpcji kulturę. Życie na Filipinach nie jest łatwe, ale podejście do niego jest dużo weselsze.

 

 

Jedną z atrakcji Palawanu są wodospady. Żadne tam Iguazú czy Niagara, ale warto je zobaczyć. Zjeżdżamy z głównej trasy, żeby spytać o drogę. To musi być gdzieś niedaleko, bo z każdej strony widzimy reklamy wodospadów. Okazuje się, że mieszczą się wgłębi dżungli i najlepiej wybrać się tam z przewodnikiem. Na miejscu kilku turystów marudzi, że na Filipinach za wszystko trzeba płacić. Jeden jest szczególnie zbulwersowany. Typ sknery najwyższego wtajemniczenia. Pokrzykuje, że 200 pesos (15 zł) to wyjątkowo nieuczciwe praktyki. Uśmiecham się pod nosem i płacę za przewodnika, który upewnia się, że mamy ze sobą wodę, odpowiednie buty i dość siły. Droga nie należy do szczególnie trudnych. Wprawdzie kilka razy musimy przechodzić przez płytką rzekę, ale poza tym to zwykły marsz wydeptanymi ścieżkami. Cóż, może nie do końca zwykły, bo kilka razy droga nam się rozwidla – teraz nie mam wątpliwości, że przewodnik jest tu bardzo potrzebny. Zaprowadza nas do dwóch różnych wodospadów. Jak wspaniale jest wskoczyć do wody po półgodzinnym marszu przez dżunglę – wreszcie przestaję się kleić! W drodze powrotnej smakujemy owoców prosto z drzewa. Cierpki, słodki i wodnisty owoc to najlepszy ratunek na kończące się zapasy wody. Jeszcze nie wiem, że to prawdopodobnie te owoce sprowadzą na nas zemstę Montezumy.

 

Dżungla Palawan

 

Kolejny świt. Wcześnie rano wybieramy się w kierunku plaży Las Cabanas. Skuter ma jeszcze dużo benzyny. Raz skręcamy w lewo, dwa razy w prawo, potem znowu w lewo i przed nami piętrzy się szutrowy podjazd. Judyta schodzi ze skutera, a ja próbuję wjechać, ale jednoślad zaczyna się krztusić. Z zaciekawieniem spogląda na mnie kilkunastoosobowa grupa młodzieży. Staram się poprowadzić skuter co okazuje się okrutnym błędem. Maszyna wyrywa mi się z rąk, a ja robię nad nią bezwolnego fikołka. Prawa fizyki obracają mną jeszcze kilka razy zanim świadomość wróci na swoje miejsce. Jeszcze nie wiem, że mam stłuczoną nogę, siniaka na pół uda, porwaną koszulę i podrapane plecy. Teraz największe zmartwienie to skuter! Przewrócony osuwa się wprost na mnie. Nie, wcale nie martwię się, że na mnie. Martwię się, że się osuwa! Pewnie się zepsuł. Czuję to, że przyjdzie mi wygrzebać na niego ostatnie zaskórniaki. Młodzież, która wcześniej obserwowała moją próbę wjechania na górę, teraz wybucha śmiechem. Biegną jeden za drugim w moim kierunku. Ktoś podnosi skuter i sprowadza go na dół, ktoś inny sprawdza czy nic mi nie jest. Wszystko z uśmiechem! I ja zaczynam się uśmiechać. Silnik skutera zapalił. Skończyło się na kilku rysach, pękniętym błotniku i naderwanym obiciu siedzenia. Dalej martwię się kosztami naprawy, ale już trochę mniej. Głupio muszę wyglądać: jasna, porwana koszula z plecami w kolorze szutru, czerwony kask, długa broda, rozbiegane oczy.

– Dziękuję przyjaciele! – powtarzam to wiele razy do wszystkich i każdego z osobna. „Przyjaciele” chyba się trochę zmartwili, że tak szybko poszło. Leniwie wracają na swój punkt obserwacyjny u szczytu wzniesienia, a my odjeżdżamy w kierunku plaży Las Cabanas. Wciąż jest bardzo rano. W zasięgu wzroku na plaży nie ma nikogo.  Tylko palmy, lazur wody i my. Liżę rany, a w cieniu palmy szybko wraca się do zdrowia. Siadamy na leżakach przy pobliskim barze, zamawiamy zimne napoje i odpoczywamy. Mija nas niemiecka para, ale znajduje sobie miejsce z dala od nas. Jesteśmy tu prawie sami. Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna!

 

Plaża Las Cabanas

 

Przychodzi pora na zwrot skutera. Ciekawe ile przyjdzie mi zapłacić… Sto złotych? A może tysiąc? Parkuję przy budce firmy ze skuterami i sypię głowę popiołem.

– Witam, miałem mały wypadek. Proszę obejrzyjcie skuter i dajcie znać ile będzie potrzeba na naprawę.

– Rysy na skuterze zawsze możemy naprawić. Najważniejsze, że panu się nic nie stało, niekiedy naszych klientów odbierają z trasy ambulansami. 500 pesos i będziemy kwita.

Trudo opisać jaki byłem szczęśliwy. Zapłaciłem przecież tylko 37 złotych! W całym szczęściu jeszcze nie wiem, że lada moment wczorajsze owoce dadzą o sobie znać. Resztę dnia i noc spędzam kursując na trasie łóżko-toaleta. Dobrze, że to już ostatni dzień.

 

Powrót sprzed bram raju

Przed nami ostatnie kilka godzin na Filipinach. Myślę o tym państwie, o ludziach, o życiu tutaj… Dużo zieleni, dużo słońca, ciągnące się kilometrami puste plaże. Tanie noclegi, tanie jedzenie, tani transport. Wszędzie spotykaliśmy ciekawych i wesołych ludzi, mających luźne podejście do życia. Nie ma jednak róży bez kolców. Niestety, ale widok biednych i głodnych dzieci zostanie z nami na zawsze. Podobnie jak świadomość skali przemocy i ubóstwa. Widok zamożnych, skapcaniałych pryków, którzy przylecieli z Zachodu, żeby chodzić pod rękę z młodymi Filipinkami. Za chwilę znów wystartuje samolot, stewardesa przejdzie po pokładzie, a pilot się z nami przywita. Wrócimy do swoich problemów, a Filipiny pozostaną przedmieściami raju, miejscem prawie doskonałym. Czasem niełatwym, ale zawsze uśmiechniętym.

Bądź zawsze na bieżąco - subskrybuj
RSS
Follow by Email

5 myśli na temat “AZJATYCKI TRYPTYK cz. 1. Filipiny

  1. Zazdroszczę bardzo! Filipiny są na mojej liście podróżniczych marzeń! Podobne odczucia mam po ostatniej podróży na Cabo Verde – mimo braku wielu dogodności, pieniędzy etc mieszkańcy są zawsze uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni 🙂

  2. Poland… miejsce przez obcokrajowców nylon z Holland, z USA, Rosją lub Azerbejdżanem. Fajnie jakby powstały tego typu historie zebrane w jedną, W
    wielką całość.

Dodaj komentarz