AZJATYCKI TRYPTYK cz. 2. Japonia

 

W kraju kwitnącej wiśni i przepracowanych ludzi

 

Manga, Anime, Sushi, kimono, bonsai czy zielona herbata. To tylko niektóre ze skojrzeń, które budzi Japonia. Postanowiliśmy sprawdzić co sprawia, że świat zachodni od pokoleń fascynuje się Japonią, a ona mimo powszechnej globalizacji zachowała swoją tożsamość.


 

Ukłon w stronę kultury

W Tokio lądujemy wczesnym rankiem. Autobusem dojeżdżamy do centrum, gdzie wita nas nieprzyjemny chłód marcowego poranka. Szukam czapki, którą najwyraźniej musiałem zostawić w autobusie. Cofam się do drzwi wejściowych, jednak asystent kierowcy zatrzymuje mnie.

Chyba zostawiłem czapkę na siedzeniu – rzucam od niechcenia.

Przepraszam – zachodzi mi drogę – najpierw muszą wysiąść wszyscy pasażerowie – tłumaczy z lekkim zakłopotaniem, po czym kłania się nisko.

Niektórzy mówią, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Stolica Japonii od początku jawi mi się jako miasto uporządkowane. Miejsce, które nie cierpi chaosu, nie lubi opóźnień i nie toleruje zamieszania.

Na ulicy czuję się jak duch. Mimo, że mijają mnie dziesiątki ludzi, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nie czuję rzucanych ukradkiem, zaciekawionych spojrzeń. Oczy przechodniów są wlepione w ekrany telefonów lub nieobecne. Dochodzi 9 rano, za chwilę większość z nich zacznie pracę. W przewadze to mężczyźni, ubrani w lepiej lub gorzej skrojone garnitury. Niektórzy na twarzach mają białe maski. Poruszają się szybko i myślami mogą być wszędzie, ale z pewnością nie tu i teraz.

 

 

Po pół godziny ulice pustoszeją. Idąc jedną z nich czuję się, jak bohater filmów z Jackie Chanem, które oglądałem w dzieciństwie. Wprawdzie Tokio to nie Hongkong, ale bogactwo szyldów reklamowych i tak przenosi mnie gdzieś do tłocznych ulic tego chińskiego miasta . Z rozmyślań wyrywa mnie robotnik, który nadzoruje plac budowy. Z placu za chwilę wyjedzie ciężarówka, a on gestem ręki prosi, żebyśmy poczekali. Gdy ciężarówka odjeżdża, robotnik kłania się nam nisko i cierpliwie tkwi tak, póki go nie miniemy.

 

 

Podobno stołeczne parki są popularnym miejscem odpoczynku miejscowych. Sprawdzamy to w Shinjuku Gyoen. Siadamy na trawie, pod piękną, różowobiałą wiśnią, która dopiero zakwitła. Wtapiamy się w krajobraz, bo podobnie odpoczywają też mieszkańcy Tokio. Mają koszyki piknikowe i zdają się być całkiem beztroscy. Czyżby ci zestresowani piesi, ubrani w garnitury, w których niezdarnie pędzą po ulicach nie znali tego miejsca? Mam wrażenie, że muszą pochodzić z różnych planet, a przynajmniej z całkiem różnych kultur.

 

 

W pobliżu parku jest stacja metra. Oznaczona tak czytelnie, że nie da się w niej zgubić. Spoglądamy na personel, który pospiesza wsiadających pasażerów, po czym cierpliwie się im kłania. Kilka stacji dalej wysiadamy w pobliżu Sensō-ji. To kompleks buddyjskich świątyń, z których najstarsza sięga VII wieku. Wokół nas prawdziwe zatrzęsienie turystów. A tam gdzie turyści, tam też ich łowcy. Jeden z nich, ubrany w czarną kurtkę w czerwone węże, proponuje nam wycieczkę. Grzecznie odmawiam, a on przyjmuje to do wiadomości. Nie jest nachalny. Przecież to mogłoby być uznane za brak kultury. Odmawiam jeden raz i sprawa załatwiona. Mijają nas kolejni, potencjalni klienci, ale nasz „łowca” najpierw rozmawia z nami o okolicy, mówi gdzie zjeść dobre sushi i gdzie zrobić tanie zakupy. Tłumaczy kilka kulturowych ciekawostek i dopiero rusza dalej. Przeciskamy się wzdłuż kramików rozstawionych koło głównej bramy. Kupujemy tu mochi, to taki galaretowaty przysmak. Nam trochę nie w smak, ale ciekawie jest spróbować czegoś lokalnego.

 

 

To dziwne miejsce. Kobiety ubrane w tradycyjne kimona, zapach kadzideł, niekończąca się masa turystów robiąca sobie zdjęcia. To miejsce bardziej przypomina jarmark niż centrum sakralne. Z drugiej strony jest w tym wszystkim jakaś niepojęta duchowość. Czy tak wyraża się uwielbienie dla Buddy? Nie wiem.

   

Człowiek-Pensja

Jeszcze dziś przekonam się, że Japończycy czczą tak naprawdę zupełnie innego boga. Pieniądze. Poznajcie Salarymanów. To mężczyźni, którzy stanowią znaczną część społeczeństwa. Zatrudnieni w korporacjach, przygotowani do pracy jako celu samego w sobie, gotowi pracować ponad 60 godzin tygodniowo i porzucić indywidualizm na rzecz oddania swojej firmie.

Teraz ściskam się z nimi w metrze. Bezimienna masa. Każdy kolektywnie jest częścią tego szaleństwa. Korporacyjny kołowrotek nie pozwala na miłość. Ważniejsza jest pozycja. Przekonuje się o tym u naszego gospodarza. Yushiro niepochlebnie wypowiada się na temat pracowników fizycznych, przypisując im negatywne cechy i brak obycia. Pracuje dużo i ciężko. Korporacja musi go doceniać, bo jako jej przedstawiciel często lata w delegacje do różnych zakątków świata. Pokazuje mi paszport. Cały w stempelkach. Dwa dni temu wrócił z Węgier, a pojutrze leci do Niemiec. Prosi, żebyśmy pomogli mu złożyć garnitur na wyjazd. Kupił do tego specjalną, plastikową deskę na ebay’u. Kosztowała go 40 dolarów. Taką samą kupię w Polsce za 10% tej ceny. Yushiro lubi to co nowoczesne. W jego mieszkaniu znajdziesz smart tv, głośnik bluetooth, dwa smarfony, śmietnik otwierany za pomocą czujnika ruchu, czy inteligentną muszlę klozetową. Tak, inteligentny kibel! Taki, który ma podłokietnik z panelem przycisków. Potrafi grać muzyczkę, zamienić się w bidet czy podgrzać deskę, na której ekhm… siadasz.

Yushiro ma 33 lata. Miwa Sado była dwa lata młodsza kiedy zmarła z powodu niewydolności serca. Mam nadzieję, że nasz gospodarz cieszy się dobrym zdrowiem, ale wiem, że rocznie 10 tysięcy salarymanów umiera z powodu Karōshi. Przepracowanie zabija poprzez udar mózgu czy zawał mięśnia sercowego. Około 2000 salarymanów popełnia samobójstwo w związku z pracą. Jeśli ich życie nie kończy się śmiercią z przepracowania, w wieku 60 lat mają prawo zawiesić garnitur w szafie. Przejdą na emeryturę, ale wtedy czyha na nich kolejna pułapka: 36 000 rozwodów rocznie – tyle dotyczy japońskich małżeństw w wieku emerytalnym. Praca zajmuje mężczyznę od rana do wieczora, a dom pełni funkcję hotelu, do którego wraca tylko po to, żeby jeść i spać. Spędzając niemal całe życie osobno, po kilkudziesięciu latach okazuje się, że małżeństwa są zawarte między obcymi sobie ludźmi. Yuchiro chyba wierzy w miłość, skoro wciąż czeka na tę jedyną, a może po prostu uważa, że tak popularne małżeństwa z rozsądku to wygodne rozwiązanie i nie musi się specjalnie spieszyć?

Rano budzimy się w mieszkaniu naszego gospodarza. Nie ma czasu na śniadanie czy pogawędkę. 10 minut na toaletę i przebranie się w garnitur mu wystarcza. W tym czasie my zakładamy plecaki i w myślach wspominamy wczorajszy wieczór. Nudny początek mijał pod znakiem głodu, zmęczenia i pustych rozmów o sushi, po których poszliśmy do sklepu po picie i jedzenie. Gospodarz rozkręcił się dopiero po kolacji i chyba bardziej pomogła mu słodka Choya niż słonawe pierożki Gyoza. Yushiro opowiedział nam trochę o japońskich zwyczajach, koncentrując się na tym co można, a szczególnie czego nie wypada robić. Tak dowiadujemy się, że nie powinno się na ulicy rozmawiać przez telefon, wydmuchiwać nos powinno się tylko w toalecie, w korytarzu zawsze należy zdjąć buty, żeby nie brudzić wejścia. Oprócz tego nie jeść, nie pić i nie palić na ulicy, no i nie wyciągać ręki na powitanie – Japończycy unikają dotyku. Słuchałem tych wszystkich nowinek z fascynacją.

A teraz stoję w korytarzu i czekam aż się zbierzemy. Po chwili jedziemy windą i na klatce schodowej robimy pamiątkowe „selfie”. Z tą chwilą Yushiro dołącza do grona ludzi, których poznaliśmy, a po chwili znikają oni z naszego życia.

    

Dwa światy

Wchodzimy na śniadanie do kawiarni. Głośno witają nas dwie ekspedientki. Siadamy z kawą i kanapką przy ladzie naprzeciwko ulicy. Zza pleców co chwilę dobiega nas głośne powitanie lub pożegnanie klienta, oczywiście w duecie. Mocna kawa dodaje sił, więc ruszamy do parku Ueno. To miejsce doskonale oddaje klimat tradycyjnej Japonii z moich wyobrażeń. Wrażenia potęguje nostalgiczna, deszczowa pogoda. Skąpane w deszczu pagody, świątynie i aleje, wokół których już za kilka dni zakwitną wiśnie, tworzą bajkową scenerię. To jedno oblicze Tokio. Romantyczne.

 

 

Jaka jest druga strona stolicy Japonii? Nowoczesna, świecąca neonami, zabiegana, tłoczna i pracowita. Symbolem Tokio jest słynne skrzyżowanie Shibuya. Mówi się, że to największe skrzyżowanie świata. Podczas jednej zmiany świateł ulicę przechodzi nawet 2500 osób! Zielone światło dla pieszych i zaczyna się widowisko. Z głośników dobiega żywiołowa muzyka, telebimy świecą jaskrawymi kolorami. Setki a może i tysiące ludzi przeciska się obok siebie, tworząc galimatias, który zdaje się być wręcz niestosowny dla tak ułożonej Japonii. Obok skrzyżowania znajduje się pomnik psa Hachiko, wokół którego zawsze kręcą się tłumy.

 

 

Udajemy się do jednej z restauracji. W stolicy Japonii można zjeść przyzwoicie za nieduże pieniądze. Około 20 złotych wystarcza na kurczaka w sosie curry, podawanego z ryżem. Knajpka jest malutka i na wolne miejsce musimy zaczekać jakieś pięć minut. To bez znaczenia, na zewnątrz ulewa, póki się nie uspokoi możemy tak siedzieć i popijać matchę, która dodawana jest gratis do każdego posiłku.  W ogóle matcha zdaje się być najpopularniejszym napojem w kraju. W końcu wykorzystywana jest podczas japońskiej ceremoni – chanoyu. Jest także dostępna w restauracjach, w kawiarniach, w zabutelkowanej formie w sklepach, a nawet w Kit-Katach.

 

 

Klisze dzieciństwa

Spacerujemy po nowoczesnym centrum Tokio, idąc wzdłuż pasażu handlowego. Większość mijanych sklepów oferuje elektronikę. Przed jedną z witryn ustawiono krzesełko i pada do oldskulowego Nintendo. Ekran jest już wewnątrz sklepu. Uruchamiamy naparzankę i cofamy się do wczesnych lat 90. Wprawdzie polskie realia lat 90. pozwalały nam najwyżej na grę na Pegasusie, ale klimat jest dokładnie taki sam. Wszystko wraca. Tutaj, ale i ulicę obok. Tam cały sklep jest wyłożony bohaterami Mangi i Anime. Są Pokemony, jest Naruto, Son Goku, Czarodziejki z księżyca i Shin-chan. Jest ich znacznie więcej, ale nie wszystkich rozpoznaję. Przypominam sobie naklejki z pokemonami, które dodawane były do gumy do żucia w Polsce. Kto ich nie zbierał? Tokio pozwala mi na duchową podróż do dzieciństwa. W okolicznym sklepie kupujemy niesłodzoną, zieloną herbatę w plastikowej butelce i ruszamy do metra.

 

 

Zmrok już za nami. Jest już 21, a Salarymani wracają dopiero z pracy. Czekamy na pociąg. Trochę głodny spoglądam w stronę automatu z jedzeniem. Za chwilę podjedzie pociąg, ale ktoś mnie uprzedził. Patrzę na szczęśliwca, który pewnie zdąży na najbliższy odjazd. Automat nie chce jednak przyjąć od niego pieniędzy. Temat znany na całym świecie. Ale ten automat odmówił przyjęcia pieniędzy, bo w kieszeni czekała już gotowa do odbioru kanapka. Ktoś jej zapomniał. Szczęśliwiec wyciąga ją i kładzie na górę automatu, po czym kupuje taką samą. Powierzyłbym mu klucze do mieszkania, gdyby był moim sąsiadem. Głodny wsiadam do metra. Jeden z pasażerów przysypia trzymając telefon, którym bawił się chwilę temu. To chyba najlepsza odpowiedź na pytanie o bezpieczeństwo w Japonii i uczciwość samych Japończyków. Tutaj po prostu nie ma prawa Ci się nic stać. Opuszczamy wagon metra i kierujemy się do wyjścia. Słychać jedynie stukot obcasów, który przywodzi na myśl żołnierski marsz, poza tym panuje doskonała cisza, nikt ze sobą nie rozmawia, nikt nie gada przez telefon. Nie wiem dlaczego, ale czuję się nieswojo.

   

Wciąż się dziwiąc

Docieramy do naszego hostelu. To jedno z tych miejsc, które stają się dla turysty nie tylko miejscem taniego noclegu. Pokój, w którym mamy łóżka jest urządzony w stylu washitsu. Na podłodze położono tatami (rodzaj mat), na których każdy gość rozwinie swój futon (tradycyjny materac), nawet okno stylizowane jest na drzwi w stylu Shōji. Melduje nas przesympatyczny Shampei. Poleca miejsca warte uwagi, żartuje i tłumaczy. Dla gości dostępny jest też wspólny salon i nielimitowana zielona herbata. Siedząc w salonie przekonujemy się, że jest to wyjątkowe miejsce. Nie ma tu gburowatej młodzieży, która zapowietrzyła się faktem, że zwiedza świat. Jest za to dużo ludzi z całego świata. Głodnych poznania, otwartych i rozmownych.

 

 

W hostelu japońskich pracowników wspiera Polka. Monika opowiada nam o życiu w Tokio. Zrobiła przerwę w japońskiej akademii, w której się uczy i utrzymuje się z trzech dorywczych prac. Oprócz hostelu pracuje również jako kelnerka w restauracji. Nie może liczyć na napiwki, ale w Japonii już podstawowa stawka godzinowa pozwala przeżyć.

Czym różni się praca w japońskiej restauracji od pracy w polskiej? – pytam, licząc na jakieś kulturowe smaczki.
Tym, że goście częściej traktują cię jak powietrze. No i formułą, którą żegnamy naszych klientów – śmieje się – tego nie da się nawet dobrze przetłumaczyć na polski, ale mniej więcej brzmi to tak:
Dziękujemy wielce szanownemu Panu za to, że szacownie raczył zjeść obiad w naszej skromnej restauracji i z pokorą zapraszamy szanownego Pana do nas ponownie.

Wszyscy się śmiejemy, ale trzecia praca – opiekunka do dziecka – nie przynosi już zabawnego, czy wesołego obrazu życia w Tokio. Monika pracuje w dni wolne, kiedy rodzice są w domu i zajmuje się ich dzieckiem. Opowiada nam o tym jak maluch zabiega o uwagę ojca, który siedzi ze smartfonem na kanapie i przegląda wiadomości ignorując syna. Matka krząta się po kuchni, a dziecko żyje samo sobie. Zastanawiam się jak ci ludzie definiują szczęście rodzinne, czy potrafią cieszyć się swoim wolnym czasem, czy mają jakieś pasje i jak czują się kobiety w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie.

   

Feminizm po japońsku

Na ulicach widać głównie pracujących mężczyzn. Ubrani w garnitury, prochowce, permanentnie zmęczeni, czy raczej wyczerpani. Pracują i do tego sprowadza się ich życie. A co robią kobiety? Zajmują się domem, wychowują dzieci i… wydzielają mężom kieszonkowe. Tak, mąż zarabia i oddaje całość pensji kobiecie, otrzymując od niej tylko drobne, ale nie ma róży bez kolców. Koniec końców to kobieta odpowiada za stan finansów rodziny. Poza rodziną też nie jest kolorowo. Kobietom trudno o zawrotną karierę zawodową. Do tego stopnia, że droga zawodowa staje się drogą gorzkich zawodów. Większość prestiżowych stanowisk obsadzają mężczyźni. Jak nie dochodowy biznes, to może spróbować sił w polityce i dokonać zmian zaczynając od góry? Niestety kobieta nigdy nie stała tu na czele rządu. W czym tkwi problem? Czy japońskie społeczeństwo jest tak skostniałe i zabetonowane, że nie potrafi dopuścić kobiety do głosu? A może boi się?

 

 

Problem jest złożony i związany z kulturą i historią. To nie miejsce na szerszą dyskusję, ale ktoś kto oczekuje zmian, powinien rozpocząć tytaniczną pracę u podstaw. Pal licho tę przesiąkniętą seksizmem popkulturę, ocenzurowane mangi o charakterze erotycznym. Wizerunek kobiet przedstawianych jako seksowne, ale naiwne i głośno piszczące nastolatki jest tu powszechny. W reklamie, ale nie tylko. Skąpo i wyzywająco ubrane dziewczyny zapraszają nas do różnych restauracji. Zapewnienie bytu przez mężczyznę, który bywa maszynką do zarabiania pieniędzy jest wygodne, ale nie daje szans na własny rozwój. Próżno jest szukać równouprawnienia, ale taki panuje tu już porządek. Nie jest łatwo zdjąć europejskie okulary i spojrzeć na ten świat ze zrozumieniem, a tego właśnie uczyli mnie na studiach. Co znaczy feminizm po japońsku? Myślę, że walkę o komfort, bez względu na to czy komfortem będzie fotel prezesa dużej korporacji, teka ministra czy przytulne mieszkanie i byt zapewniony przez męża.

   

Technologiczne szaleństwo

Elektryczne toalety grające muzyczkę to dopiero początek. Im lepiej poznasz Tokio tym bardziej wszystko będzie zautomatyzowane. Bliskość elektroniki to jedno, ale liczba rozwiązań i gadżetów, które stosuje się na co dzień może nas przytłoczyć. Pokrowce na parasole rozdawane w centrach handlowych, automaty z jedzeniem, automaty z piciem, automaty z zabawkami, automaty z grami, smartfony zastępują rozmowy między znajomymi w metrze. Windą wjeżdżamy na 40 piętro rządowego budynku. Mieści się tu platforma widokowa z piękną panoramą stolicy Japonii. Po zjechaniu zaczepia nas robot, z którym można porozmawiać. Urządzenie jest w fazie testów i zaczyna od pytania skąd jesteśmy, po czym komentuje to w dość ogólny sposób. Na koniec drukuje nam ankietę i prosi, żebyśmy go ocenili. Lem by się zdziwił!

 

   

Ukłon pożegnania

Jeszcze nie wiem na jak długo przywykłem do kłaniania się podczas rozmów. Bardzo mi się  to podoba. Łapiemy autobus na lotnisko. Przed wejściem ustawiamy się w kilku rzędach. Prawie zapomniałem o tym japońskim porządku. Trzech pracowników angażuje się w pomoc pasażerom przy wejściu. Ktoś nosi bagaże, ktoś wstrzymuje zniecierpliwionych podróżnych, ktoś rozmawia z kierowcą. Niby porządek a jednak zamieszanie. Tu jak na dłoni widać stosunek Japończyków do pracy. Zadanie, które nie wymaga w zasadzie nic więcej niż burknięcia w kierunku klienta, że autobus dopiero przyjedzie, zostało sprowadzone do bardzo odpowiedzialnej, trudnej i wymagającej pracy, w której należy wykazać się pełną koncentracją.

Myślę o tym wszystkim przegryzając kawałek ciastka sakura z białym serem i soloną wiśnią. Autobus rusza, a ja myślę o tym pięknym kraju. O kwitnących wiśniach, błyszczących neonach, o zabieganych salarymenach i eleganckich ukłonach. Ten jest już ostatni. Na pożegnanie.

 

Bądź zawsze na bieżąco - subskrybuj
RSS
Follow by Email

17 thoughts on “AZJATYCKI TRYPTYK cz. 2. Japonia”

  1. Świetny wpis! Już dawno nie czytałam tak wciągającego artykułu. Dzięki!
    Co do samej Japonii – ciągle widnieje ona na mojej liście podróżniczej. Do tej pory jawiła mi się jako piękny i niezwykle zautomatyzowany kraj kwitnącej wiśni, który technologicznie jest naj. Po Twoim wpisie jest ona jeszcze bardziej fascynująca, ale i ogromnie smutna.

  2. świetny wpis…. uwielbiam zabrać plecak, kupić bilet na samolot… a potem być otwartą na co przyniesie kolejny dzień… Japonia… może to kolejny kierunek w jaki się wybiorę … Dziękuję za artykuł 🙂

  3. Zainspirowałam się Twoim wpisem i chyba zrobię sypialnie i salon w motywach japońskich 😀 bardzo ciekawy post!

  4. Myślałam, że nie wytrwam do końca 🙂
    Od lat chciałam zwiedzić Japonie ale boje się latać samolotem i to marzenie zawsze zostanie marzeniem

  5. Bardzo lubię klimaty japońskie. Zdjęcia dodają uroku całemu wpisowi. Mam nadzieję, że kiedyś osobiście poznam jak tam jest;)

  6. Chętnie bym się tam wybrała 🙂 Super zdjęcia ^^ Z tymi sprzętami i gadżetami to bardzo ciekawa sprawa. Zdaję się, że w Japonii jest tego naprawdę sporo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *