Jerzy Ryszard Suchocki

Ameryka Łacińska na szlaku koki, Indian i wulkanów. Wywiad z Jerzym Ryszardem Suchockim.

Pracowałem jako naukowiec dla UNESCO, jako dziennikarz, fotograf National Geographic i Playboya, reporter telewizji meksykańskiej i ostatnie kilkanaście lat wróciłem do nauki akademickiej – opowiada Jerzy R. Suchocki, polski badacz, który na stałe zamieszkał w Meksyku. Rozmawialiśmy o Ameryce Łacińskiej z perspektywy turystyki, bezpieczeństwa i wpływu karteli narkotykowych.

 

Kuba Jagodziński: Powiedz co skłoniło Cię do opuszczenia Polski i zamieszkania w Meksyku?

Jerzy Suchocki: Wow (śmiech). To są dwie różne historie: opuszczenie Polski i zamieszkanie w Meksyku. Opuszczałem Polskę w latach 70. i w latach 80. przynajmniej kilkanaście razy, na tyle na ile to było możliwe. Niewiele osób o tym wie, że w 1974 roku byłem w Sajgonie jako woluntariusz sił amerykańskich, tłumacz z francuskiego – tak to nazwijmy – przez 6 miesięcy podczas ewakuacji z Wietnamu. Miałem wtedy 18 lat, to było tuż przed studiami na UW i to jest pierwsza historia. Potem były kolejne warianty wyjazdu z Polski, ale nigdy nie pracowałem dla żadnych służb, o co mnie czasami pytano. Kilka razy, jako interesujący naukowiec otrzymałem zagraniczne stypendia, głównie niemieckie i francuskie dzięki którym mogłem poznać Azję Południowo-Wschodnią poczynając od Indii, poprzez Birmę, Tajlandię, Malezję po Borneo. Były to studia porównawcze dla moich badań nad kulturami indoeuropejskimi, głównie bałtyjskimi i nordyckimi oraz mezo-amerykańskimi, co zaowocowało po siedmiu latach (!) dwujęzycznym doktoratem. Ale nie tylko tym bo i… śmiercią kliniczną. Tak! Dlatego, że po powrocie do Polski w 1986 roku, dokładnie pod koniec kwietnia, na lotnisku usłyszałem o Czernobylu i dostałem dawkę potasu. Nagle „zjechałem” w trakcie trzech miesięcy aż 40 kilo. Z wagą 29 kg doszło do zatrzymania pracy serca. Po wybudzeniu lekarze twierdzili, że jeśli przeżyję to tylko jako „roślina na wózku”. No i zaczęła się walka. Gdy wróciłem do 45 kilo wagi spakowałem plecak i „wróciłem na szlak”, z projektem badań w Ameryce Łacińskiej, poczynając od Amazonii.

 

K.J.: Sorry za to pytanie… pomysł narodził się w chwili walki o życie na wózku?

J.S.: Dokładnie. Wiedziałem że muszę wrócić. Narodził się pomysł zwany „Mezoameryka-Amazonia. Pojęcie czasu i przestrzeni w ginących kulturach świata”. Idea tych badań została zaakceptowana przez odpowiednie Instytuty Uniwersytetu Warszawskiego. To, że w ogóle przeszedł, to był cud. Przyleciał wtedy do Warszawy profesor Zbigniew Brzeziński (doradca d/s bezpieczeństwa prezydenta USA), który miał konferencję na UW, ale przed nią spotkanie z Rektorem Grzegorzem Białkowskim. Pamiętam doskonale, że to była niedziela. Na to spotkanie zostałem zaproszony przypadkowo, w ostatnim momencie. Nie byłem odpowiednio ubrany, nawet bez krawata… ale „ani nic to” idę.  W wolnej chwili pytam pana Rektora co z tym projektem badań w Amazonii? Brzeziński, przysłuchując się rozmowie zaciekawiony spytał o co chodzi. Rzuciłem tytułem projektu. Fajne badania, ciekawe– usłyszałem – w odpowiedzi, na co Pani Rektor partycypując biernie w tym dialogu, ufając opinii Zbigniewa Brzezińskiego podpisał odpowiedni papier (śmiech). I tak dzięki doradcy prezydenta Stanów Zjednoczonych dostałem… projekt badań nad Ameryką. W poniedziałek pobiegliśmy (jako ekipa antropologów) odebrać czek. Potem do Lufthansy po bilety do Wenezueli. I tak zaczęła się moja przygoda z Ameryką Łacińską. Totalny chaos.

 

K.J.: I ten chaos zaprowadził Cię aż do Puebla, 130 kilometrów od Ciudad de Mexico.

J.S.: Ale wcześniej pracowałem dla UNESCO. Wyobraź sobie że „Mezoameryka-Amazonia” po pierwszych wynikach badań… na 26 sesji UNESCO w Paryżu 1993, dostała poparcie 14 krajów i moja wizja badań nad pojęciem czasu i przestrzeni w ginących kulturach została zaakceptowana w Światowej Dekadzie Badań nad Kulturą! A to oznaczało stałe przemieszczanie się między granicami Brazylii, Wenezueli, Kolumbii, chwilami też Peru (dorzecza Orinoko, Río Negro i Amazonki). Dopiero potem przyszedł czas na Amerykę Centralną, głównie Gwatemalę z Hondurasem i na koniec Meksyk. I tak na prawdę dopiero tu zaczyna się nasza historia, jeżeli chodzi o moje doświadczenia meksykańskich ostatnich 28 lat (śmiech).

 

K.J.: Czyli?

J.S.: W sierpniu 1990 wylądowałem w polskiej Ambasadzie w Meksyku no i tam poznałem swoją przyszłą żonę, Pati. Sytuacja była mało sympatyczna, bo jako ekipa  przylecieliśmy z Amazonii (via Panama) do Meksyku. Byłem chory (biegunka tropikalna i na prochach). Odebrał nas z lotniska konsul. Byłem cały czas w kamuflażu wojskowym i z bronią, którą oficjalnie zwrócono mi na lotnisku w obecności reprezentanta Ambasady RP. Pati, pracującą wówczas w Ambasadzie jako doradca d/s kultury między Meksykiem a Polską myślała że jestem… „terrorystą” albo nowym szefem ochrony (śmiech). Zero zaufania, ale przyniosła mi herbatę, o którą poprosiłem. Potem Ambasada była dla mnie przez rok w trakcie badań stałą bazą i „domem”.

 

K.J.: W 1994 roku na południu Meksyku, dokładniej w stanie Chiapas wybuchło indiańskie powstanie tzw. Ruch Zapatystów (Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego – uzup. K.J.). Co wtedy działo się z Tobą i badaniami?

J.S.: Trafne pytanie. Byłem w samym sercu wydarzeń w podwójnej roli. Z jednej strony jako antropolog pracujący tam w terenie, wśród Indian dobre dwa lata, rozpoznawalny, posługujący się poza hiszpańskim, podstawowym narzeczem terenu. Z drugiej jako akredytowany dziennikarz z „papierami dla wojska”. Co zresztą opisywałem już w „Na szlaku Koki”. Powstanie w pewnym stopniu najpierw ograniczyło i finalnie zniszczyło Projekt Mezoameryka-Amazonia, który po 1996 roku trudno było kontynuować, nie tylko w Meksyku, ale i w Kolumbii i Wenezueli. Zresztą niestety cała geopolityka regionu – od tego czasu po dziś dzień- to potwierdza.

 

K.J.: Wróćmy do Twojego miejsca zamieszkania. Puebla… pod stale czynnym wulkanem… brak adrenaliny na lata?

J.S.: Chciałeś powiedzieć na  „stare lata” (śmiech). Wróciłem do nauki akademickiej, tak to nazwijmy i osiadłem w Puebla. Pracuje na amerykańskim uniwersytecie w Meksyku UDLAP czyli Universidad de las Américas Puebla. Co do adrenaliny, to wulkan Popocatepetl jest cały czas aktywny, ziemia się trzęsie prawie codziennie 4 w skali Richtera. Zajęcia ze studentami to też „ścieżka tortury” ale co kto lubi, pewnie jestem masochistą – od urodzenia (śmiech).

 

 

K.J.: Powiedz jak z dzisiejszej perspektywy oceniłbyś bezpieczeństwo na miejscu?

J.S.: W Puebla jest spokojnie. Stan zagrożenia jest nieporównywalnie mniejszy niż w całej skali Meksyku. To znaczy coś tam się dzieje, jest policja, wojsko codziennie słychać strzały i tak dalej, natomiast to jest w miarę normalne. W Puebla nie wyczuwa się stanu zagrożenia.

 

K.J.:  A trzęsienia ziemi?

J.S.: A to jest zupełnie inna sprawa. Tak jak już mówiłem. Ziemia się trzęsie regularnie. Mamy zainstalowany alarm sejsmiczny i jak jest powyżej 5 stopni w skali Richtera, to się włącza. I ten alarm włącza się 2-3 razy tygodniowo. Aktualnie system sygnalizuje że możemy mieć dzisiaj kolejny wstrząs, może być powyżej 5.

 

K.J.: Czyli w każdej chwili może być tak, że będziemy musieli kończyć.

J.S.: Może tak być, ale miejmy nadzieje że nie… i dokończymy ten wywiad (śmiech).  Ale na poważnie w tej chwili najgorsze to jest jak śpisz. Wyobraź sobie… jest 5-6 rano. Ja śpię prawie nago, ale przy łóżku zawsze mam spodnie, spakowany plecak, wszystkie dokumenty, latarkę. Włącza się alarm i trzeba reagować prawie automatycznie. Przewidywania są takie, że nadejdzie znacznie bardziej niebezpieczne trzęsienie, niż te, które miało miejsce 19 września. 7,2 w skali Richtera. Teraz będzie 8. Powtarzam. Budzisz się w nocy i masz 50 sekund, dokładnie. Czyli wkładasz gacie, koszulkę, plecak, w którym są dokumenty, woda, whisky, nóż itd. Schodzisz z piętra na parter. Otwierasz drzwi, żeby stanąć pod framugą…

 

K.J.: To jest najbezpieczniejsze miejsce, prawda?

J.S.: Dokładnie. I obserwujesz kable. Jak w 50 sekund sytuacja powraca do normy to znaczy, że masz 3 minuty do powtórki. Masz 3 minuty, żeby się przenieść w bardziej bezpieczny teren albo zostajesz u siebie i to tyle.

 

K.J.: I to jest codzienność życia. Moi czytelnicy to ludzie zainteresowani podróżami, odkrywaniem świata. Powiedz co, Twoim zdaniem ma im do zaoferowania Meksyk?

J.S.: Wulkany, parki narodowe i oceany.

 

K.J.: Dlaczego?

J.S.: (śmiech) Problem polega na tym, że jest niewiele miejsc w Meksyku, które są nieznane. Natomiast ja w 100% polecałbym Nevado de Toluca. To jest nieczynny wulkan, który ma dwa kratery, gdzie Jacques Cousteau szukał skarbów Azteków. Dla osób szukających bezpiecznego i nieznanego Meksyku i z tego samego klimatu Parque de Nanchititla na pograniczu trzech stanów prawie w centrum Meksyku. Tyle, że strefa jest aktualnie super niebezpieczna, ze względu na narkotyki.

 

K.J. A miasta?

J.S.: To zależy. Być może ja lubię inne niż te, które będą interesujące dla turystów. Z pewnością Cuarnavaca jest interesująca. Natomiast ja jako osoba zakochana w morzu to Puerto Vallarta na 100%. Ja dla Puerto Vallarta to kiedyś dałbym się powiesić jako pirat… (śmiech). A na przykład Acapulco… nie lubię, mówiąc krótko. Nie lubię tłumu, a tam jest 7 osób na metr kwadratowy. To nie moja bajka. Natomiast Puerto Vallarta i wszystko co jest na północ, czyli Nayarit, Sinaloa mają swój klimat. Problem polega na tym, że tam są puste plaże, a dlaczego są puste? Dlatego, że to są szlaki narkotykowe. Między innymi Punta de Mita, która mnie zachwyca, spędziłem tam kawał czasu, natomiast to jest aktualnie teren zagrożony wpływami karteli narkotykowych. I osoby postronne powinny raczej trzymać się z dala. Chyba, że znasz klimat i potrafisz rozmawiać, powiedzieć po co tam jesteś. Nigdy się nie przedstawiaj jako dziennikarz. To jest najgorsze zjawisko zawodowe. Krótko mówiąc dziennikarzy odstrzeliwuje się od ręki.

 

 

 

K.J.: Tych zagranicznych też?

J.S.: To nie ma znaczenia. Dziennikarz to jest dziennikarz. Jutro jedziemy nad Ocean i ja na wszelki wypadek swoją legitymację dziennikarską zostawiam w domu. Nie zabieram kamery, nie zabieram legitymacji, żeby mnie nie wyłapali.

 

 

K.J.: A gdzie w Meksyku jest w tej chwili najbardziej niebezpiecznie?

J.S.: Jeśli chodzi o stany meksykańskie to na pewno Michoacán, Jalisco i Guerrero. To są najbardziej niebezpieczne stany. Wbrew pozorom to nie jest północ. Ja w Ciudad Juarez robiłem materiał (cykl reportaży) i to jeszcze kawał czasu temu. Północ nie jest najgorsza. Najbardziej niebezpieczne jest obecnie centrum. Pamiętasz historię tego cyklisty z Polski, który zginął?

 

K.J.: Znaleziono dwa ciała, prawda?

J.S.: No tak, znaczy Niemca i Polaka. Ale to było na południu w stanie Chiapas w drodze do Oaxaca.. Wbrew pozorom Chiapas od strony turystycznej nie jest niebezpieczna. Myślę, że oni znaleźli się po prostu w jakiejś problematycznej sytuacji, zobaczyli za dużo…

 

K.J.: A załóżmy, że jesteś w krytycznej sytuacji. Jesteś turystą tam gdzie nie powinno cię być i zobaczyłeś za dużo. Co robić?

J.S.: Szczerze mówiąc to nie widzę wyjścia. Na przykład oferowanie pieniędzy to nie jest rozwiązanie, bo pieniądze zabiorą i jeszcze cię zastrzelą, natomiast ja bym powiedział w ten sposób:
-No vale la pena que me matas, porque en este caso no ganarás nada – czyli nie ma sensu, żebyś mnie zabijał, bo nic ci to nie da. I tyle. Ja miałem takie sytuacje parę razy, ale szczerze mówiąc wszystko zależy od umiejętności porozumiewania się po hiszpańsku. Język to jest podstawa, a slang Ci pomaga bardzo.

 

 

K.J.: Rozumiem. Wejdźmy w szerszą perspektywę Ameryki Łacińskiej. Jesteś naukowcem, dziennikarzem, a w książce „Na szlaku koki” dałeś poznać się jako podróżnik, człowiek mający niesamowite przygody. Czasy opisane w książce przypadają na lata krótko po śmierci chyba największego barona narkotykowego na świecie…

J.S.: No, Escobara…

 

K.J.: Dokładnie. Zastanawiam się, jak zmieniła się od tego czasu Ameryka Łacińska.

J.S.: (cisza) Nic się nie zmieniła… Chyba cię zaskoczyłem? To znaczy teraz są wybory w Kolumbii. Santos już przegrał. Jest dwóch nowych kandydatów, natomiast jak będziesz obserwował sytuację w Kolumbii to będziesz wiedział czy wraca FARC czy nie wraca FARC. Są dwie opcje. Albo będzie kontynuowany dialog z FARC – opcja lewicowa albo dialog z FARC zostaje zerwany – opcja prawicowa. Ja nie myślę, żeby tu doszło do jakichś poważnych zmian. Turystycznie Kolumbia jest jednak w 90% bezpieczna. Jeśli ktoś nie wchodzi w głęboki interior to nie ma problemu moim zdaniem. Czym innym jest Wenezuela – mój ulubiony kraj – szczególnie wszystko to co jest na południe od Caicary, Puerto Ayacucho. Niestety teraz jest ten popieprzony system Maduro. Sorry, ale to jest kraj, który przegrywa wszystko co może aktualnie.

 

 

K.J.: Ostatnio ekrany telewizorów szturmem podbił serial Narcos. Czy słyszałeś o tym serialu?

J.S.: Słyszałem, ale go nie widziałem. Ja mam to wszystko na co dzień, więc w domu unikam przemocy w telewizji. Ponieważ pracuję jako dziennikarz śledczy, o czym wiedzą polskie media i policja, byłem parę razy zagrożony, więc staram się tego typu rzeczy unikać żeby nie epatować tym rodziny.

 

K.J.: Rozumiem. A czy udaje ci się zostawić tę brutalną rzeczywistość dziennikarza śledczego za drzwiami domu?

J.S.: Nie. To nie jest możliwe, dlatego że z jednej strony otrzymujesz głuche telefony. Dzisiaj chyba były trzy. Odbierasz i słyszysz tylko czyiś oddech. Staram się o tym nie rozmawiać, ale są tematy, które są wystarczająco trudne i niezależnie od tego czy się poruszam pod pseudonimem czy się poruszam pod nazwiskiem to tak czy inaczej wszyscy wiedzą kim jestem.

 

K.J.: I w jaki sposób radzisz sobie ze stresem?

J.S.: Nie radzę sobie w ogóle (śmiech).

 

K.J.: A w takim razie nie myślałeś o zmianie profesji?

J.S.: Uniwersytet, ale to niczego nie zmienia. Bo na uniwersytecie zajmuję się historią i sztuką, ale wszyscy wiedzą, że jestem dziennikarzem. Na stronie uniwersytetu ja jestem podpisany: Las ciencias de la comunicación, no czyli dziennikarz (śmiech). Nieważne jakie zajęcia prowadzę jestem tak podpisany. A dziennikarz w Meksyku to nie jest najlepszy zawód.

 

K.J.: A czy dziennikarze mogą liczyć na parasol ochronny od państwa?

J.S.: Zapomnij! Nie ma czegoś takiego. Jest za to solidarność dziennikarska w 100 procentach. Jak ktoś zginie to wszyscy opłakują, to jest solidarność (śmiech). Jadę samochodem. Zatrzymuje mnie wojsko. Jak pokażę legitymację prasową to może być tylko gorzej.

 

K.J.: A jeśli ktoś wybrałby się na wyprawę reporterską w rejon Amazonii? Załóżmy, że taka osoba zna język hiszpański, kupuje bilety do Bogoty, Caracaz albo La Paz i chce dotrzeć do indiańskich wiosek. Jak zorganizować to od kuchni?

J.S.: Pytanie jako kto? Antropolog? Socjolog? To nie zrozumieją cię. Dziennikarz? To zrozumieją i będą kłopotliwe pytania. Lądujesz i odpowiadasz, że jesteś turystą. To zawsze przechodzi. Wtedy mówisz, że chciałbyś zobaczyć Puerto Ayacucho. Dlaczego? Mam ochotę wynająć łódź i popłynąć po Orinoko. Jako turysta. Będą Cię pytali dlaczego nie z Kolumbii? I tu jest bardzo fajna odpowiedź – dlatego, że mam ochotę dotrzeć do źródeł Amazonki szlakiem polskich podróżników. I to będzie taka odpowiedź, że nikt nie będzie rozumiał, ale będzie jasne gdzie chcesz popłynąć. Granicy realnej między Brazylią, Ekwadorem, Peru, Kolumbią i Wenezuelą nie ma. Granica to są patrole, które i tak przechwycą cię na rzekach.

 

K.J. No dobra, ale póki co jesteśmy na lotnisku i potrzebujemy przewodnika. Do Amazonii jeszcze kawał drogi. Jak to wygląda od kuchni?

J.S.: Lądujesz w Caracas. Jedziesz autobusem do Caicary i od Caicary wsiadasz w śmierdzący autobus, bez klimatyzacji do Puerto Ayacucho. Dopiero tam na miejscu szukasz przewodnika. Z tym nie ma już problemu. Masz dwie opcje: wynająć jeepa i potem łódź. Albo od razu łódź z przewodnikiem.

 

 

 

 

 

K.J.: A masz jakieś porady dla młodych adeptów sztuki reportażu?

J.S.:  Ja zawsze powtarzam: po pierwsze pisz krótkimi zdaniami. Nie opisuj, tylko pisz krótkie zdania. 7-8 słów, w tym musi być zawarta treść. Gdzie jesteś i co opisujesz, i to tyle. Nie rób baroku literackiego, bo nikt tego nie będzie czytał. Akcja, akcja, akcja!

 

K.J.: A mógłbyś zdradzić jakie są największe różnice między Polakami a Meksykanami w życiu codziennym z perspektywy antropologa kultury?

J.S.: Otwartość. To chyba jedyna rzecz. Polacy są zamknięci na multikulturowość. W Meksyku mieszkam od 28 lat i tutaj nie ma czegoś takiego, że ktoś nie akceptuje innej kultury.

 

K.J.: A jakie masz rady dla początkujących podróżników?

J.S.: Przede wszystkim znajomość języka i pokora. Akceptuj reakcje ludzi.

 

K.J.: Na koniec. Jakie są Twoje plany na przyszłość. Spokojna praca akademicka czy wir podróży i przygód?

J.S.: Odpoczynek nad Zatoką Meksykańską i może się uda jeszcze na chwile Pacyfik. Na facebooku często dostaję zapytania czy bym poprowadził jakąś wyprawę. Ofert pracy nie brakuje, natomiast na ile zdrowie pozwoli, na tyle będę działać. Na pewno nie będzie to tylko praca akademicka.

 

K.J. Czyli możemy liczyć na to, że pojawisz się jeszcze na szlaku koki?

J.S.: W stu procentach, oby tylko jako ten, który to opisuje (śmiech).

 

 

Jerzy Ryszard Suchocki (1955-2018) – Antropolog kultury, wykładowca akademicki, dziennikarz, podróżnik, fotograf. Mieszkał w Meksyku, gdzie zmarł śmiercią tragiczną.

Kuba Jagodziński – autor bloga

 

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w wywiadzie są autorstwa Jerzego Suchockiego.

Bądź zawsze na bieżąco - subskrybuj
RSS
Follow by Email

13 myśli na temat “Ameryka Łacińska na szlaku koki, Indian i wulkanów. Wywiad z Jerzym Ryszardem Suchockim.

  1. MEGA ciekawe! Czytałam Na szlaku koki, więc kojarzę Twojego rozmówcę. Fascynująca osoba! Jego historie można słuchać z zapartym tchem, chociaż chyba wolałabym ich sama nie przeżywać 😉 Za to dwujęzyczny doktorat w 7 lat robi wrażenie z zupełnie innej strony 😀

  2. Ciekawa osoba i interesujący wywiad. W ostatnim czasie ogladalam kilka fimow reporterskich z Wenezueli i jestem przerażona jak można zmarnować wielki potencjał ludzki,stlamsić naród i zrujnować cały kraj. O Meksyku słyszałam,że problem dotyczy wielkiej korupcji,kartelii narkotykowych. Należę bardziej do kategorii ostroznych turystów i póki co raczej nie wybiorę się do Meksyku

    1. Byłem w Meksyku i z żadnymi zagrożeniami się nie spotkałem. Myślę, że wszystko zależy od tego dokąd dokładnie się wybierzesz 🙂 Gorąco polecam!

  3. Bardzo inspirująca rozmowa – Kuba, dziękuję Ci za ten wywiad. Dobrze czytać radę, która wprost wspomina o pokorze 🙂 Mam wrażenie, że w dzisiejszym świecie bardzo jej brakuje… Nie tylko początkującym i nie tylko podróżnikom.

  4. Powyższy, bardzo ciekawy, wywiad znalazłem po przeczytaniu nekrologu w „Gazecie Stołecznej”: „W dniu 16 lipca 2018 roku zmarł śmiercią tragiczną w Meksyku JERZY RYSZARD SUCHOCKI”. Był wykładowcą na UW, kiedy tam studiowałem i cieszył się opinią osoby pozytywnie zakręconej. Koledzy bardzo miło wspominali zajęcia z nim. Jako naukowca kojarzę go z artykułu „Geneza litewskiej legendy etnogenetycznej. Aspekty polityczne i narodowe”, bo kiedyś taki zapisał zanim zajął się Indianami.

Dodaj komentarz