Lizbona – bezpretensjonalna stolica alternatywy

Czasem trudno wyjść poza pewne schematy myślowe. Z drugiej strony ile razy można pisać, że Lizbona to miasto magiczne, „nieodkryte”, urokliwe i pełne wąskich uliczek? Taki opis odpowiadałby większości miast w Europie Południowej. Lizbona zasługuje na coś więcej. Zabieram Was w podróż po miejscu, które nie pasuje do teraźniejszości.

 

Lizbona chwyta dzień

Środek tygodnia, wcześnie rano. Z kawiarni, w której siedzimy widać, że ruch uliczny dopiero się zaczyna. Jest raczej spokój. Kelner przynosi do stolika Espresso, kanapkę z serem i Pastéis de nata. Gorzka i mocna kawa budzi do życia. Nie tylko nas, turystów. Rozglądam się po lokalu. Obok siedzi starszy mężczyzna ubrany w kratowany garnitur. Typ elegancika ze złotym sygnetem, on też popija espresso. Przy kasie dwóch klientów w garniturach płaci za kanapkę na wynos, a dwa stoliki dalej pani odlicza drobne za swoją kawę. 0,6 euro. Do mężczyzny z sygnetem podchodzi dwóch kolegów, wymieniają uprzejmości, po czym każdy siada ze swoją kawą. Nie chodzi o to, żeby wypić kawę. Chodzi o to, żeby tu być i zacząć dzień miłym akcentem, i rozmową ze: znajomymi, bliskimi albo najzwyczajniej spotkaniem biznesowym.

 

W alternatywnej rzeczywistości wciąż czyta się prasę

 

Portugalczycy potrafią cieszyć się życiem. Zresztą nad rzeką Tag nikt nie musi nawet szukać drobnych na kawę. Słońce odbija się od porozrzucanych przy ławko-leżakach butelek. Widać, że impreza była udana. Po godzinnym spacerze dobrze jest usiąść. Wokół nas kilka osób śpi. Ktoś łowi ryby. Ktoś podłącza wzmacniacz i gra na gitarze spokojny utwór. Panuje sielska atmosfera.

 

Odpoczynek nad Tagiem

 

Słońce wygania nas z otwartej przestrzeni w kierunku Alfamy. To najstarsza dzielnica Lizbony, założona jeszcze przez Maurów. Nie warto chodzić tu z mapą. Tu, zresztą jak w całej Lizbonie, po prostu trzeba się zgubić. Klucząc wąskimi ulicami z rozwieszonym na sznurkach praniem, docieramy pod Miradouro de Santa Luzia. To punkt widokowy ze wspaniałą panoramą na dachy kamienic, kościołów i rzekę Tag.

 

Panorama miasta, w tle odbudowany zamek św. Jerzego

 

Panorama bez krzykliwych reklam

 

Lizbona alternatywna

Portugalskich miast nie szpecą reklamy nawołujące do kupowania, ani krzykliwe billboardy promujące telefony komórkowe czy telewizory. Niestety, elewacje zabytkowych kamienic trapi całkiem inny problem – pomazane farbą w spreju ściany. Chciałoby się rzec, że są pokryte graffiti, niestety to tylko bazgroły pozbawione wartości artystycznej. W przeciwieństwie do Azulejo, czyli popularnych na całym Półwyspie Iberyjskim płytek, które ściśle wiążą się z panowaniem tam do XIV wieku Maurów.

Zatrzymujemy się naprzeciwko muru pomazanego wrzutami Antifa, name boys, MASH. HYVER NNS i wchodzimy do malutkiego baru. Nie ma stolików, więc oparci o ladę zamawiamy ginjinha. To tradycyjna, portugalska nalewka, serwowana w kieliszku lub czekoladzie. Przynajmniej tak częstują nią w barach. Wieczorem na ulicach Alfamy ginjinhe można kupić na dziko rozstawionych straganikach. Sprzedawca nalewa ją prosto z 5 litrowego, szklanego dzbana i podaje w małym plastikowym kubeczku. Sanepid? Wolne żarty.

 

Nie wyobrażam sobie takiego widoku w Polsce…

 

Mając w kieszeni kilkadziesiąt złotych na wino, warto wejść do którejś z knajp, gdzie kilku muzyków śpiewa fado. Przygaszone światła, elegancko ubrani muzycy i kelnerzy w muszkach, klimat sprzyja lampce wina. Znowu czuję się jakbym odbył podróż w czasie. Tak do lat 20-tych XX wieku. Rozpoczyna się utwór. Tradycyjne fado śpiewa się wyłącznie w języku portugalskim. Nie trzeba jednak znać języków, żeby wyczuć melancholię i smutek płynący z tych utworów. Czar pryska gdy Francuz obok zaczyna robić zdjęcia z lampą błyskową. Dwa stoliki dalej kolejna artystyczna ameba sięga po telefon, tym razem chodzi już o nagranie video, niestety znowu z lampą. Muzycy są zdenerwowani, choć starają się to ukryć. Tylko jeden z gitarzystów zaczyna patrzeć na publiczność spod byka. Smak wina cierpnie w ustach. Wychodzimy.

Ulice Alfamy późnym wieczorem tworzą klimat jak w Night Train to Lisbon. Błądząc nimi docieramy do następnego baru. To kolejne przenosiny w czasie. Patrząc na ceratę tym razem obstawiam wczesne lata 90. Zamawiamy lokalny fast-food. Bifana – czyli duszona wieprzowina w bułce, podawana np. z musztardą. Jak w domu.

Wdajemy się jeszcze w krótką pogawędkę z kucharzem. Pytam o jego ulubione portugalskie wino. Esteva Duoro. W hostelu przekonujemy się, że butelka tego, ciężkiego skądinąd, wina to dobry wybór.

 

Butelka lokalnego wina

 

Lizbona świętuje

Choć to świętowanie niekoniecznie rozumiane dosłownie, ale bez dwóch zdań nadaje miastu wyjątkowego charakteru. Odpoczynek, relaks, wspólna zabawa. Dzięki temu czuć jak miasto żyje. W okolicach Tagu, mimo palącego słońca widać wielu miłośników joggingu. W Parku Alameda Dom Afonso Henriques w godzinach wieczornych młodzież zbiera się na piknik, seniorzy przesiadują na ławkach czytając prasę. Znów czuję się jakbym powędrował w czasie. Spacerując po parku mijam grupę hinduskich dzieci, które w portugalskim parku grają w angielskiego krykieta. Zastanawiam się czy to bardziej kolonizacja czy globalizacja?

 

Angielska gra, w wydaniu Indusów w portugalskim parku

 

Dwie przecznice dalej, widząc kolejkę klientów wychodzącą z tureckiej knajpki na ulicę, przypominam sobie jak jestem głodny. Ceny są tak studenckie, że czuję się trochę jak w Polsce. Przede mną w kolejce stoi dwóch adeptów socjologii. Ubrani w są w togi i garnitury.

– Nie pierwszy raz widzę dzisiaj studentów na mieście, macie jakieś uroczystości?

– Nic wielkiego, kocimy przyszłych studentów pierwszego roku.

Nie muszę uzupełniać, że towarzyszą temu imprezy, krzyki i tańce? Tyle pozytywnej energii… Kiedy to ja sam zaczynałem studia?

 

Studenci opanowali miasto

 

Lizbona nowoczesna

Nie, wcale nie mam na myśli wysokich, przeszklonych biurowców. Nowoczesne oblicze stolicy Portugalii to dla mnie LX Factory. Industrialne budynki i place zaadaptowane na potrzeby drobnych rzemieślników i artystów, craftowych pubów i stylowych restauracji. Idąc po LX Factory czuję się trochę jak w Camden Town w Londynie. Jest bardzo alternatywnie. Koszulka z doszywaną ręcznie kieszenią? Proszę bardzo! Książki za 1 euro? Proszę bardzo! Ozdoby z całego świata? Proszę bardzo! Rozstawione w kilku miejscach kolumny wibrują w rytm basu z płyty Jazzmataz amerykańskiego rapera Guru. Stajemy na chwilę z drugiej strony tego centrum. Widać most 25 kwietnia. Teraz jednocześnie jesteśmy w Nowym Jorku, Londynie i San Francisco. Ten pozorny chaos sprawia, że to prawdziwe miejsce z duszą.

 

Wejście do LX Factory

 

LX Factory, Lizbona wcale nie Brooklyn, NY

 

Autor pod wrażeniem LX Factory

 

Lizbona społecznych wyrzutków

Wieczornym autobusem wracamy do hostelu. Z okna miasto wydaje się jakoś dziwnie odległe. Wolę spacery. Pod sklepem Pingo Doce zaczepia mnie mężczyzna w średnim wieku, w za dużej koszuli w kratę i płynnym angielskim prosi mnie o 2 euro… na mleko. Obok ktoś zrobił sobie prowizoryczną sypialnię z kartonów. Przy kartonach leży nawet kilka książek.

 

Stop eksmisjom

 

Pod drzwiami do naszej kamienicy siedzi bezdomny, który pustym wzrokiem gapi się przed siebie. To przykry, ale powszechny w Lizbonie widok. Bezdomnych jest tu około 2000 osób. Ich profil różni się od tego, który znamy z Polski. Nie śmierdzą i w większości nie wyglądają na alkoholików, co więcej często są to ludzie młodzi. Nie mam żadnych statystyk, ale wyglądali raczej na narkomanów niż na alkoholików. Portugalia jest państwem wyjątkowo liberalnym pod względem polityki antynarkotykowej. Niesie to dużo pozytywów (pomoc uzależnionym, wyprowadzenie narkomanów z błędnego koła upokorzeń i marginalizacji), ale i nieco zagrożeń. Największym jest ludzka słabość do nałogów.

Jeszcze nocą lub już rankiem dopada nas facet, który prosi o drobne, typu 20 euro, na kartę płatniczą, którą zostawił w samochodzie, do którego zgubił klucz. Ta historia dopełnia Lynchowskiego klimatu tego miejsca. Kloszardzi i wagabundzi w Lizbonie są bardzo specyficzną grupą.

 

Lizbona wielu tradycji

Stoimy w okolicach mostu 25 kwietnia. Stąd wyruszał w swoją podróż Vasco da Gama. Płynąc do Indii z pewnością nie wiedział jeszcze jak zmieni losy świata. Efekt motyla. Od ustanowienia traktów handlowych przez kolonialny imperializm po 12 procentową mniejszość czarnoskórych mieszkańców. Byłych niewolników z Mozambiku i Angoli. Co ciekawe od kryzysu w 2008 roku tendencja się odwraca i dziś to biali Portugalczycy wyjeżdżają do Afryki w poszukiwaniu pracy.

W centrum miasta odbywa się protest. Przeciwko rasizmowi demonstrują ciemnoskórzy mieszkańcy. Jest spokojnie, poważnie i trochę dziwnie. Ideologia sobie, a kapitalizm sobie. Część demonstrantów trzyma transparenty, część rozłożyła na ulicy towar, który próbuje sprzedać.

 

Trochę protest, trochę stragan

 

Jak wyglądają stosunki między autochtonami a ludnością napływową? Okiem turysty nie widać tu rasizmu. Helder Amaral twierdzi, że jest on niejako ukryty. Może coś w tym jest, bo z poziomu obcego widzę raczej rozwinięte społeczeństwo obywatelskie, niż pełen uprzedzeń i nienawiści zaścianek. Afrykańska diaspora wyróżnia się kolorowym ubiorem, nietypowymi fryzurami, głośnymi rozmowami, czy uśmiechami. Na poziomie powierzchownej obserwacji jest to jednak jeden organizm.

 

Punkt widokowy. Czasem lepszy kadr czeka zupełnie z innej strony

 

Lizbona nie pasuje do współczesnego świata. Nie ma tu społecznego izolacjonizmu, reklam, ani pogoni za sukcesem szytym według amerykańskiej miary. Żywe są złożone ludzkie relacje, celebrowanie życia. Wbrew wszystkiemu i każdemu, Portugalczycy żyją po swojemu. Czapki z głów!

 

Jeden z symboli Lizbony. Tramwaj linii 28

 

Pranie schnie w blasku słońca

 

Ulice w Lizbonie są wąskie i strome. W tle rzeka Tag i most 25 kwietnia

 

Park Edwarda VII

 

Elewacje pokryte graffiti

 

Większą atrakcją od przejażdki takim tramwajem jest jego oglądanie

Bądź zawsze na bieżąco - subskrybuj
RSS
Follow by Email

15 myśli na temat “Lizbona – bezpretensjonalna stolica alternatywy

  1. Tak długo szukałam wpisu z podróży w klimacie jak ten! Cudownie napisany post, oddaje więcej niż piękno miasta. Czuć niezwykły charakter oraz urok Lizbony. Nigdy tam nie byłam a poczułam się jakbym dobrze znała to miasto. Na pewno zostanę na dłużej na blogu 😉

  2. Piszesz tak świetnie, że aż można sobie wyobrazić jakby się tam rzeczywiście było. Zawsze chciałam tam pojechaćz a ten wpis przeniósł mnie w wyobraźni do tej przepięknej, nietuzinkowej Lizbony.

Dodaj komentarz