Barcelona – utracony raj turystyki

 

Barcelona jest jak muzyczny geniusz, który nie udźwignął swojej sławy. Urokliwa, pełna pięknych punktów widokowych, cudownych parków i przejmującej historii stała się centrum masowej turystyki, w którym trudno odnaleźć dawną radość i autentyczność. Czy to jeszcze możliwe?

 

 

Barcelońskie zmiany

Sierpień 2013. Pierwszy lot samolotem. Lotnisko El Prat, budżetowy hostel, a potem najważniejsze punkty turystyczne. Tak. Byłem jednym z turystów, których Barcelona zaczynała mieć dość. Sympatyczni mieszkańcy zdawali się tracić cierpliwość do wiecznie zatłoczonej La Rambli, do opanowanej przez zwiedzających Barri Gòtic, czy zaśmieconych plaż z Barcelonetą na czele. Oddolny ruch zyskał poparcie władz. Dwa lata później burmistrz Barcelony dokonuje wyłomu w tradycji zapraszania turystów przez władze miejskie:

– Nie chciałabym, aby Barcelona stała się nową Wenecją, gdzie turyści przepędzili mieszkańców – ogłosiła Ada Colau.

 

Turystyczne oblicze Barcelony. Piękna panorama z Museu Nacional d’Art de Catalunya.

 

Wracam tu po pięciu latach. Od tego czasu świat się zmienił, a wraz z nim zmieniła się Barcelona. Władze miasta zaczęły walczyć z nielegalnym wynajmem pokojów gościnnych dla turystów, mieszkańcy urządzili demonstracje. Potem był kryzys uchodźczy, zamach terrorystyczny na La Rambla i najpoważniejszy kryzys konstytucyjny od 1975 roku – w wyniku separatystycznych dążeń, władze w Madrycie aresztowały szefa autonomicznego rządu Katalonii Carlesa Puigdemonta i zawiesiły katalońską autonomię. To prawdziwe trzęsienie ziemi.

Wrzesień 2018. Zastanawiam się kiedy przestałem liczyć loty. Opuszczam lotnisko El Prat i metrem jadę w okolice stadionu Camp Nou. Tam czeka na mnie hotel. Jestem tu służbowo, ale tylko pierwsze dwa dni. Niebawem wrócę do standardu spod szyldu niedziałającej spłuczki i nocnego karalucha.

Jeszcze jest ciemno. Wczesnym rankiem ulice są puste. W Gdańsku pewnie tworzą się pierwsze korki, a tutaj jadę pustym autobusem. Czyli wychodzi na to, że chyba niewiele się zmieniło. Przynajmniej w kwestii godzin pracy. Barcelona budzi się późno, kładzie się późno. A ja za pół godziny mam się stawić w budynku Universitat de Barcelona. Uwielbiam konferencje. Mój panel startuje o 8, więc mam jeszcze chwilę na spacer.

 

Zdjęcie z okna gmachu Universitat de Barcelona.

 

Żółte wstążki

Jednak się zmieniło. Świt odsłania to co skrywał mrok. Zabytkowe kamienice zdobią już nie tylko detale architektoniczne. Na balkonach wywieszono transparenty. „Uwolnić więźniów politycznych”, „Demokracja” „Katalonia”, „Wolność” itd. Ewidentnie klimat zgęstniał.

 

Trudno znaleźć cały budynek bez żadnej flagi.

 

Najpopularniejsze hasło od czasu kryzysu konstytucyjnego oraz żółte wstążeczki.

 

Opór wobec władzy przyjął formę demokratycznego sprzeciwu obywatelskiego. Manifestuje się nie tylko w postaci transparentów i flag Katalonii. Ściany zalewa graffiti z symbolami anarchistycznymi, w najważniejszych punktach miasta widać kramiki, w których działacze zbierają środki na działalność na rzecz autonomii, a mieszkańcy noszą wpięte w koszulki żółte wstążeczki.

Siadamy w Bastaix, jednej z knajp serwujących tapas. Wybieramy kiełbaski, pieczone ziemniaki oraz chleb z pomidorem, oliwą i czosnkiem. Niedrogo i bardzo smacznie, ale najciekawsze widać nie na talerzu, a za oknem. Na Placa del Fossar de les Moreres kilku aktywistów ubranych w katalońskie barwy usiłuje demonstrować. Po chwili policja przegania ich za plac, w kierunku pozostałych, ubranych w żółto-czerwone barwy Katalończyków.

 

Kramik przy Placa del Fossar de les Moreres.

 

Żółte wstążeczki w formie graficznej w centrum miasta.

 

Czego dotyczy Wasza działalność? – zadaję dość oczywiste pytanie społecznikowi, który rozstawił nieduży kramik z żółtym parasolem i agitował na rzecz wolnej Katalonii.

Walczymy o odzyskanie autonomii dla Katalonii – odpowiedział po hiszpańsku.

A te wstążeczki, co oznaczają? – dopytuję.

Jest to symbol solidaryzowania się z katalońskimi więźniami politycznymi.

– I ile sobie Pan za taki symbol życzy?

– Dotacja. Wedle Pana uznania.

 

Do puszki wpada jedno euro, a ja już wiem, że w miejsce turystycznego ekwipunku wezmę ze sobą żółtą wstążkę i postaram się poszukać miejsca, w którym więcej będzie mieszkańców Barcelony niż turystów. Żeby pozostało pięknie i zabytkowo próbuję w dzielnicy Gràcia.

 

Barcelona (nie)turystycznie

Turystyczne rozczarowania to temat rzeka. Ilu obcokrajowców odwiedzających Polskę wyobrażało sobie, że w Zakopanem przywita ich góral z ciupagą, a w Warszawie każdy Polak będzie nosił wąsa, jak Lech Wałęsa.

Często wpadamy w takie pułapki. Konfrontujemy wyobrażenia z komercyjną rzeczywistością i doznajemy rozczarowania. Ja nie planuję się rozczarować. Wezmę Barcelonę taką jaka jest. Tyle, że do tego trzeba mieszkańców miasta, a nie tłumu turystów okupujących dzielnicę gotycką.

 

Turystyczne oblicze Barcelony i kultowa La Sagrada Familia.

 

Gràcia. Liczę, że to tu uda mi się uszczknąć trochę z życia mieszkańców. Chcę zrozumieć na czym polegała pierwotna magia miasta, które obecnie przyciąga rocznie niemal 9 milionów turystów z całego świata. Chciałbym naiwnie wierzyć w to, że trafię do miejsca, które stawiło skuteczny opór turystycznej globalizacji. Na to nie ma szans. Chciałbym po prostu zobaczyć trochę więcej niż niekończący się supermarket restauracji i sklepów z pamiątkami jakim jest dzisiaj dzielnica gotycka.

 

Dzielnica Gràcia.

 

Plaça del Sol.

 

Znikają międzynarodowe sieci restauracji, kawiarni i sklepów. Nie ma sprzedawców wciskających każdy możliwy chłam. Po ulicy poruszam się całkiem swobodnie.  Zamawiam czarną kawę i zajmuję stolik przy Plaça del Sol. Gapię się na dwie kolorowe, zabytkowe kamienice. Pięknie tu. Zaczyna padać deszcz. W końcu to wrzesień, więc kto by się przejmował? Ja nie mam zamiaru. Matka z dzieckiem biegająca po placu najwyraźniej też nie. Bawią się w berka nie przestając się śmiać. Obrazek jak z jakiejś reklamy.

Niedaleko znajduje się Casa Vicens. To chyba jedyny budynek Gaudiego w Barcelonie, przy którym nie zbierają się tłumy. Warto przyjrzeć się tu także samej bramie, to prawdziwe dzieło sztuki!

 

Casa Vicens.

 

Słynny Park Güell także mieści się w dzielnicy Gràcia. Kierujemy się wciąż w górę, mijając kolorową, niską zabudowę, aż trafiamy pod bramę parku. Tutaj tłumów nie da się uniknąć. Można za to uniknąć płacenia 9 euro za wejście. Wystarczy wejść na teren Parku przed godziną 8 rano i dzienny budżet na jedzenie zostaje w portfelu.

Park został zaprojektowany jako elitarne i awangardowe osiedle. Koncepcja Gaudiego nigdy jednak nie została sfinalizowana. Kompleks zaadaptowano jako Park Miejski i oddano do użytku mieszkańcom. Mimo, że obecnie korzystają z niego głównie turyści, to widok z balkonu w tym parku jest po prostu ikoniczny. To jest pocztówka z Barcelony i trzeba ją zobaczyć. Nawet jeśli czar przeszłości pryśnie i zamiast magicznej nostalgii przeżyjemy turystyczny splendor.

 

Dzielnica Gràcia. W drodze do parku Güell.

 

Pocztówka czyli Park Güell.

 

Park Güell.

 

Współczesne oblicze

Idę w kierunku dzielnicy La Barceloneta. Kilku turystów czeka na autobus. Trudno połapać się jak biegnie jego trasa, bo mapa z rozkładu jazdy została zamazana napisem „Stop mass tourism”.

Wraz z kryzysem uchodźczym zmieniła się jej plażowo-portowa dzielnica. Od okolic Muzeum Historii Katalonii do Playa Barceloneta rozciąga się sieć koców i gazet, na których afrykańscy imigranci sprzedają najróżniejsze towary. Podrabiane buty, okulary, torebki. Same topowe marki. Kilka lat temu kramików było mniej. Widać, że na ulicach przybyło nie tylko turystów.

Torba Louis Vuitton za 10 euro? – dziwi się kobieta mająca wschodni akcent.
Tak proszę Pani, oryginalna.
– To poproszę.

 

Tego typu napisy znajdują się także na ławkach i elewacjach kamienic.

 

Muzeum historii Katalonii.

 

Zerkam w lewo. Po drugiej stronie ulicy policja wystawia białej parze mandat za handel bez stosownego pozwolenia. Tutaj jednak wszystko po staremu. Spokój. Dziwny ten układ. Sprzedawcy ubrani w podobne, modne ciuchy, sprzedają bez kasy fiskalnej ten sam asortyment, w tym właśnie konkretnym miejscu. Na dodatek policja patrzy na ten proceder przez palce. To dobrze przemyślany biznes, który przynosi dochód na kilku poziomach. Sprzedawcy mają spokój i mogą niczym nieskrępowani przebywać i pracować w Barcelonie. Ich mocodawcy zapewne potrącają sobie stosowną daninę – ktoś im tę pracę załatwił, ktoś też musi dostarczać podrabianą odzież.  Służby porządkowe w ramach takiego układu mają redukcję przestępczości. Zastanawiam się co zyskuje miasto. Zapewne spokój, choć może też zarabia na tym jakieś pieniądze. Tracą jedynie wielkie brandy odzieżowe i raczej nie znajdą sojusznika do ukrócenia takiego handlu. Jedno jest pewne – ci ludzie znaleźli tu swój nowy dom, nawet jeśli styl życia pozostał bez zmian.

 

Instalacja-Pomnik upamiętniający uchodźców.

 

 Hasta luego

Czuję się nostalgicznie. Siedzę na Wzgórzu Montjuic patrząc na zachód słońca. Barcelona jest równie piękna co męcząca. Równie irytująca co uzależniająca. Nienawidzę być tutaj turystą. Gdybym tu zamieszkał to pewnie do turystów czułbym to samo co większość mieszkańców z panią burmistrz na czele. Rozumiem ich. Mimo to nikt nie lubi czuć się niechcianym. Pijanym wczasowiczom z Europy Zachodniej i Północnej raczej to nie przeszkadza. Przyjechali się bawić. Chyba jestem zbyt wrażliwy na lokalne nastroje. Będąc tu utożsamiam się z mieszkańcami. Też pragnę pogonić odwiedzające Barcelonę tłumy. Razem z nimi mam ochotę wykrzyczeć „Llibertat Presos Politics!”. A potem razem z grupą katalońskich przyjaciół napić się sangrii i zjeść tapas. Ale tej niepoznanej masowo Barcelony już nie ma. Jeśli kiedykolwiek była, to i tak jej już nie będzie. I tak wiem, że wrócę tu jeszcze nie raz. Poczekam tylko aż znowu coś się zmieni, bo to miasto nie znosi stagnacji.

 

Pyszne tapas.

 

Błądząc ulicami…

 

A na koniec zapraszam także na mojego VLOGA, gdzie subiektywnie oprowadzam po mieście.

2 myśli na temat “Barcelona – utracony raj turystyki

Dodaj komentarz