Cypr – Jedno państwo, dwa narody

W lutym postanawiamy odwiedzić kraj, w którym słońce świeci ponad 320 dni w roku. To wyspa, na której mieszkańców jest mniej niż dzikich kotów. Ruch jest lewostronny, a stolica podzielona między dwie nacje. 40 lat przed Chrystusem Marek Antoniusz podarował tę wyspę Kleopatrze.

Mowa oczywiście o Cyprze, który ma nam pomóc wyrwać się z szarego, zimowego snu. Wyspa Afrodyty położona jest we wschodniej części Morza Śródziemnego, zaledwie 160 km od Bejrutu i 300 km od Damaszku. Jesteśmy, więc trochę w Europie, trochę w Afryce, a trochę na Bliskim Wschodzie. Jak się później przekonamy, lokalna kultura jest równie niejednoznaczna jak położenie geograficzne.

Taki Inoue na ulicach Larnaki

Trasę Warszawa – Larnaka samolot pokonuje w 3 godziny. Wieczorem po wylądowaniu na płycie lotniska Hermesa, udajemy się do wypożyczalni samochodów. Z kluczykami maszerujemy prosto na parking. Do najmniejszego dostępnego pojazdu wsiadam od strony pasażera i… mam przed sobą kierownicę. No tak, zapomniałem że na Cyprze wszyscy jeżdżą „pod prąd”, co obok angielskich gniazdek i wojskowych baz Akrotiri oraz Dhekelii jest jednym ze świadectw obecności brytyjskich niegdyś kolonizatorów. Dziwactw i osobliwości rodem z wyspy Jamesa Bonda jest tam więcej. Warto wspomnieć choćby zamiłowanie do piłki nożnej czy sam fakt, że Cypryjczycy dzielą z Wielką Brytanią 152 kilometry granicy (sic!).

14Nasz bolid

Ledwo powstrzymując chęć skręcenia na „właściwy” pas dojeżdżam z lotniska do Larnaki. Czuję się jak Taki Inoue, który był najgorszym kierowcą w historii Formuły 1. Japończyk miał jednak zadanie o tyle łatwe, że orientował się w kierunku jazdy. Po godzinie nerwowego kluczenia parkujemy nasz bolid i zatrzymujemy się w wynajętym pokoju. Właściwie był tak okropny, że już napisałem o nim za dużo. Nazajutrz wstajemy wcześnie rano, na prośbę gospodarza zostawiamy klucz od pokoju w skrzynce z bezpiecznikami i zatrzaskujemy za sobą bramę domu. W lutym na Cyprze poranki są chłodne. Jest 10 stopni, ale silne słońce zwiastuje ciepły dzień.

Ruszamy w kierunku słonego jeziora poszukać flamingów. Te różowe ptaki od lat fascynują mnie w niewytłumaczalny racjonalnie sposób. Skoro nie udało nam się ich dopaść w Meksyku, to może uda się znacznie bliżej Polski? 10 minut samochodem, potem jeszcze 5 pieszo i oto są! Co prawda płochliwe i widoczne raczej z daleka, ale finezyjnie stojące na jednej nodze w pełni swojego różowego majestatu. Spędzamy tam pół godziny czując się trochę jak realizatorzy nudnego filmu przyrodniczego, wyświetlanego w niedzielę rano na jednej z publicznych stacji telewizyjnych. Tak, chodzi o ten rodzaj filmu, do którego głos podkłada Krystyna Czubówna, a tempo akcji i intryga dorównuje słynnej „Śmierci w Wenecji”. Żegnamy się z flamingami i udajemy do centrum miasta.

Flamigni w LarnaceFlamingi w okolicach słonego jeziora w Larnace

Bez większego problemu parkujemy samochód w pobliżu Kościoła św. Łazarza. Centrum Larnaki jest urokliwe. Wąskie uliczki wypełniają liczne kawiarnie, w których miejscowi popijają kawę tworząc typowo śródziemnomorski klimat. Spacerujemy głównym deptakiem. Po przejściu jakichś 500 metrów widać pomnik Zenona z Kitionu (dzisiejszej Larnaki). Stoicki filozof, który mawiał, że „chętnego losy prowadzą, a niechętnego wloką” miał rację: idziemy przed siebie niesieni cypryjską przygodą. W części portowej wygrzewają się całe gromady kotów. Według legendy na Cypr sprowadziła je św. Helena, żeby… zabijały jadowite węże. Jeśli wierzyć podaniu swoje zadanie spełniły celująco. Dziś w nagrodę mogą cieszyć się leniwym życiem na wyspie.

2Kościół św. Łazarza w Larnace

3Ulica w Larnace

4Wyspa kotów

Słońce przygrzewa coraz mocniej. Wracamy do samochodu i ruszamy w kierunku Ayia Napa. Miasto jest nijakie, skrojone pod turystów, których wrażliwość estetyczna ogranicza się do znajomości zachodnich szyldów reklamowych. Na szczęście linię brzegową stworzyła natura, a człowiek zostawił ją w spokoju. To tam znajduje się najpiękniejszy odcinek pasa nadbrzeżnego Cypru czyli Nissi. Błękitna woda i szeroka piaszczysta plaża to argument, którym kuszą turystów biura podróży. Klimat parawanów i wczasowiczów z puszką piwa w dłoni i złotym łańcuchem na szyi na ogół odstrasza mnie od tak popularnych miejsc. Na szczęście w lutym plaża jest całkiem pusta i przyjemnie można się tam zrelaksować.

5Ayia Napa

6Nissi Beach

7Nissi Beach

Mój dom murem podzielony

Z Ayia Napa udajemy się do Nikozji. Stolica Cypru jest podzielona na dwie części: grecką i turecką. Stojąc pod murem dzielącym wpływy dwóch państw nie mogę odgonić od siebie pewnej myśli. Słyszeliście o cypryjskiej tożsamości? Albo o cypryjskich nacjonalistach, którzy licznie maszerują sprzeciwiając się wszystkiemu co wydać się może mało patriotyczne? O cypryjskiej kulturze, literaturze, muzyce albo kuchni? Właśnie, bo Cypr to tak naprawdę Grecja i Turcja. W czasach intensywnych dążeń do autonomii Katalończyków, Abchazów, Osetyjczyków, Kurdów, Palestyńczyków… mógłbym tak wymieniać dalej, w czasach gdy narody nie mają własnych państw, powstały państwa bez własnych narodów. Z zadumy wyrywa mnie podmuch wiatru. W Nikozji jest nieco chłodniej niż w Larnace. Musimy przyspieszyć kroku i przejść check-in. Umówiliśmy się przed Bramą Kyreńską z gospodarzem, który nas przenocuje i oprowadzi. To 22 letni Jon, który pochodzi z Pakistanu. Od tego momentu Jon wspólnie z Walidem i Ammarem z Egiptu staną się naszymi przewodnikami po północnej części Nikozji.

Jest godzina 14:30. Zaczynamy być głodni, a na dodatek mamy pół godzinną obsuwę. Po powitalnych uściskach przepraszam gospodarzy, za to że musieli na nas czekać. Zawiniła lokalna strefa czasowa, w mniejszym stopniu my. Bo w końcu kto o zdrowych zmysłach spodziewałby się, że opuszczając część „grecką” o 13:15, pod oddalonym o kwadrans spaceru pomnikiem Ataturka stanie o 14:30?

Północ od Południa różni się nie tylko strefą czasową. Po chwili zapominam o całej tej hecy i zastanawiam się dlaczego tylu ludzi na ulicy rzuca nam zaciekawione spojrzenia. To, że się patrzą niespecjalnie mnie dziwi, w okolicy nie widziałem innych, białych turystów z plecakiem, ale skąd tu tyle osób? Jest niedziela czyli po turecku Pazar. Dla muzułmanów to pierwszy dzień tygodnia. Zastanawiam się kiedy ostatni raz wybrałem się gdzieś w poniedziałek…

-Macie tu dzisiaj jakieś święto? Dużo osób się kręci – zagaduję Jona.

-Nie, tak spędzamy czas na co dzień. Wychodzimy z domu spotkać się i pogadać ze znajomymi – tłumaczy.

Z wrażenia na moment przestaję czuć, że od rana nic nie jadłem. Głód wraca wraz z pytaniem gospodarzy o to czy mamy ochotę coś zjeść. Po minucie siadamy przy stoliku przed lokalną knajpą. Judyta wybiera wegetariańską Pidę, my decydujemy się na kebaby w różnych konfiguracjach. Podczas czekania na zamówienie rozmowa zaczyna się kleić. Swobodnie przechodzimy od lokalnych obyczajów, przez wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, do ulubionych kompozytorów. Ammar, student stomatologii opowiada, że jego ulubionym artystą jest Fryderyk Chopin – gospodarze już zdobyli moje serce. Czeka nas wspaniały dzień, przewiduję. Opowiadam mu o Żelazowej Woli, o perfekcyjnym Walcu a-moll. Nie Jan Paweł II, nie jeden z królów czy polityków, to Chopin rozsławił nas w kraju północnej Afryki. Jestem w szoku.

-Mamy w domu pianino i zawsze pytamy gości czy może akurat potrafią coś zagrać. Wiesz, u nas robi za mebel… – kontynuuje etiudę Jon.

-Chodziłem do szkoły muzycznej. Spróbuję coś zagrać, ale najpierw musimy się napić – odpowiadam.

South Park w Północnej Nikozji

Picie zaczęliśmy od herbaty w Parku Yiğitler Burcu, tuż przy murze dzielącym dwie części miasta. Moi gospodarze nazywają to miejsce South Park i po chwili ta nazwa wydaje mi się odpowiednia. Tłumaczę ją sobie tak, że trudno byłoby bez żartów przyjąć to miejsce i jego widok za normalny. Jon wyjaśnił mi później skąd wzięła się ta nazwa. Razem ze znajomymi zwykł chodzić tam na kawę. Patrząc na drugą stronę wyspy myśleli o południowej wolności, o południowym wietrze. W końcu przyjęło się, że czas spędzali w Południowym Parku, a nie w nic nie znaczącym Yiğitler Burcu. Kelner podaje nam tulipanki (szklaneczki, a nie kwiaty), w których serwuje herbatę po turecku. Na plastikowym stoliku pojawia się też cukier. Siedzimy przy herbacie jakieś półtora metra od zasieków. Spoglądam na drut kolczasty, potem patrzę na zegarek. Jest już 16:00 i przypominam sobie, że po drugiej stronie płotu jest jeszcze 15:00. Rozmawiamy o historii Polski, Egiptu i Pakistanu. O życiu w obcym mieście. Wszyscy moi gospodarze studiują: oprócz przyszłego stomatologa, mam przed sobą dwóch adeptów inżynierii lądowej.

8Yiğitler Burcu

Dopijamy herbaty, Walid reguluje rachunek. Nie chce od nas pieniędzy, śmiejąc się, że ta herbata nic nie kosztuje. Opuszczamy South Park i spacerujemy ulicami Północnej Nikozji. Po lewej stronie widzę obdrapane elewacje XIX –wiecznych kamienic, przed którymi wisi pranie, po prawej biegające beztrosko kury. Trochę dalej pojawiają się pierwsze sklepy z podrabianym asortymentem: można kupić szalik Burberry za 10 euro albo koszulkę Adidasa za 5 euro. Tuż obok są sklepy z pamiątkami. W takiej okolicy wpadamy na ulicznego sprzedawcę wyrobów cukierniczych. Cały asortyment mieści mu się w przeszklonym wózku. Znajdujemy tam Bakławę i kupujemy 4 słodkie kosteczki za 1 euro. Nie wymieniłbym ich nawet na oryginalny szalik angielskiego projektanta.

11Ulica w Północnej Nikozji

Jon włóczykij

Spacerując rozmawiamy o życiu. Jon jak na swój młody wiek miał już wiele przygód. Urodził się w Pakistanie, w rodzinie o tradycjach wojskowych i gdyby chciał zrobić karierę w kraju pochodzenia myślę, że miałby wszystkie drzwi otwarte. Wybrał inną drogę. Jego pasją jest aktorstwo, a pracą marzeń etat drugoplanowego aktora w Operze Wiedeńskiej. Mieszkał już w Iranie, potem dwa lata w Chinach, jednak postanowił przerwać pasmo uczelnianych rozczarowań przeprowadzką na Cypr.

-Dlaczego akurat Chiny i Cypr? Nie myślałeś o bogatej Skandynawii albo o Stanach Zjednoczonych?

-Odmówiono mi wydania wizy do Stanów Zjednoczonych.

-Na jakiej podstawie?

-To głupie, zresztą i tak nie uwierzysz.

-Mów, proszę.

-Z powodu zdjęcia na Facebooku. Mój mały kuzyn bawił się tam pistoletem na wodę. Rozumiesz? – upewnia się czy wiem co to znaczy „water gun”.

-Żartujesz, prawda?

Jon z poważną miną uosabiał teraz poczucie niesprawiedliwości. Patrzył przez chwilę przed siebie i podekscytowanym głosem dodał:

-Nie żartuję! Pracownik konsulatu rozmawiał ze mną tak długo i zadawał mi tyle pytań tylko po to, żeby na koniec pokazać mi odmowę wydania mi wizy z… Australii. Dla tamtych władz zdjęcie z pistoletem na wodę w połączeniu z pochodzeniem, kwalifikuje Cię jako osobę podejrzaną o radykalizm religijny.

Nie musiał tłumaczyć mi nic więcej. Wiem, że służby australijskie i amerykańskie łączy współpraca, m.in. w ramach programu UKUSA, dzięki któremu swobodniej wymieniają tajne informacje. Jon padł ofiarą urzędniczej głupoty, nadgorliwości, a może i złośliwości. Australijczycy, a w ślad za nimi Amerykanie pozbawili się mówiącego biegle w czterech językach, studenta Inżynierii Lądowej, z zamiłowania aktora, z przekonania ateisty. A to wszystko pod pretekstem zagrożenia terrorystycznego.

Uniwersalne kody

Przerywamy rozmowę, bo doszliśmy właśnie do kolejnego punktu, który chcemy odwiedzić. Przed nami Meczet Selimiye, który w XIV wieku był kościołem, a swoją obecną funkcję pełni od wieku XVI. Po raz pierwszy w życiu wchodzę z Judytą do wnętrza meczetu. Ammar pokazuje nam gdzie wierni się modlą, gdzie w czasie ceremonii znajduje się imam, a także co oznaczają poszczególne napisy na ścianach świątyni. Spoglądam w stronę mekki i słucham wywodów jednego z naszych gospodarzy.

10Autor wraz z najważniejszą kobietą na świecie, naszymi gospodarzami i turystką z Korei

Po wyjściu z meczetu krótki spacer prowadzi nas do pubu, gdzie zamawiamy piwo, whiskey i shishę. Każdy to na co ma ochotę. Opowiadam Jonowi i Walidowi o naszych przygodach podczas podróży na Syberię i do Meksyku. Judyta gra z Ammarem w tryktrak. Niektóre gry znamy niezależnie od wysokości i szerokości geograficznej. Czas płynie. O 22:00 rozpoczyna się finał Pucharu Narodów Afryki. Egipt mierzy się z Kamerunem, a wśród nas jest dwóch kibiców z Egiptu. Pierwszy gwizdek już za godzinę, więc w poczuciu kibicowskiego obowiązku opuszczamy pub. Po pół godziny wchodzimy do mieszkania, które wynajmują nasi gospodarze. Robi na mnie ogromne wrażenie. Podczas studiów niemal cały czas gnieździłem się w 6 metrowych klitkach, a teraz podziwiam 80 metrowy apartament, z czterema tarasami. W rogu salonu stoi pianino, a ja czuję się tak jak w 6 klasie podstawówki. Na szczęście tym razem w miejsce 500-osobowej auli koncertowej było mieszkanie, a zamiast stresującego egzaminu dla wąsatego dyrektora gram, „Passengera” Igy Popa, potem Walc A moll Chopina i „Where is my mind” grupy Pixies. Ammar, chyba zbyt przejęty zbliżającym się meczem nie zwraca uwagi na Chopina, ale Pixies znają wszyscy. W czasie gry kątem oka widzę wycelowany we mnie telefon z logiem w postaci nadgryzionego jabłka. Potem widziałem, że moje, kaleczące zespół Pixies wykonanie zbiera „lajki” na Facebooku. Co za czasy. Myślę, że na całym świecie funkcjonują uniwersalne kody. Uśmiech, pomoc, dobro, zabawa. Nawet jeśli postrzegamy to inaczej, to wzajemnie się rozumiemy.

Wieczór spędziliśmy przy hummusie, whiskey i meczu. Ostatecznie Egipt przegrał, przez co atmosfera nieco zrzedła, ale szybko udało mi się odwrócić uwagę gospodarzy od przegranego meczu – zrobiłem szybki przegląd polskiej muzyki. Po północy poszliśmy spać. Przed oddaniem się w objęcia Morfeusza w głowach wirowały nam obrazy z całego dnia. Mury, zasieki, granice, ale i uśmiech, który nikomu nie schodził z twarzy.

Granice zdrowego rozsądku                                                                 

Ranek nastał zbyt szybko. Jon odgrzewa nam resztki wczorajszego obiadu i szykuje kawę, która stawia na nogi. Po godzinie odprowadza nas na bezpłatny autobus. Po drodze rozmawiamy o religii, filozofii, przekonaniach. Trochę przejęty mówi nam, że jest ateistą, po czym upewnia się czy przypadkiem nie uraził nas swoim wyznaniem. Opowiada też o greckich i francuskich filozofach, którzy wywarli wpływ na jego światopogląd. Podejmuję rękawice mówiąc mu o Kancie, którego podziwiam. Rozmowa urywa nam się za szybko. Właśnie próbowałem powiedzieć po angielsku „Są dwie rzeczy, które napełniają duszę podziwem i czcią, niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie” gdy zorientowałem się, że stoimy tuż przed zieloną linią. Jon, podobnie jak jego przyjaciele wylądowali na lotnisku Ercan w Północnym Cyprze. Nie mogą się swobodnie poruszać po całej wyspie. Potrzebowaliby do tego kolejnych wiz, o które w tym miejscu nie mogą się starać. Kiedy wczoraj przechodziłem na północną stronę celniczka z południa bardzo oburzyła się na moje sformułowanie „border” (granica), poprawiając mnie „check in”. Zwał jak zwał. Jon musi zostać tu, kiedy my musimy iść tam. Zapraszam go do Polski, chociaż wiem, że prędko tu nie przyjedzie. Ściskamy się, po czym wspólnie z Judytą pokazujemy paszporty tureckiemu celnikowi. Jest mi smutno i zarazem wesoło.

12Północny Cypr

Śladem helleńskim

Płacę cieciowi za parking, po czym uruchamiam silnik Volkswagena up! ponownie czując się jak Taki Inoue. Nawigacja wskazuje nam drogę do kompleksu archeologicznego Kurion. Droga mija spokojnie i szybko, autostrady na Cyprze są bezpieczne i wygodne. Kompleks archeologiczny położony na zachód od Limassol serwuje nam to czego oczekujemy. Jako doktoranci archeologii mamy szczęście bezpłatnie odwiedzić wszystkie cypryjskie muzea. W muzeum w Kurion zagaduje nas pracownik – lokalna archeolożka. Rozmawiamy o naszych studiach, badaniach. Nasza rozmówczyni robi wielkie oczy kiedy opowiadamy jej o przełomie epoki brązu i żelaza, nazywając je prahistorią.

-Pan się myli, to już okres historyczny.

-Dla ziem polskich nie mamy żadnych źródeł pisanych, możemy jedynie próbować wykorzystać źródła greckie.

-Tak?!

-Niestety.

18Pafos, mozaiki

Archeolodzy potrafią dyskutować długo na tematy interesujące, ale głównie archeologów. Dyskusje w takim gronie nie powinny trafiać na karty mojej opowieści. Po wymienieniu adresów mailowych ze wspomnianą archeolożką ruszamy w kierunku Pafos. Po czasie zboczyliśmy z głównej drogi, żeby zobaczyć słone jezioro Akrotiri. Liczyliśmy, że znajdziemy tam Flamingi, ale sama droga okazała się wystarczającą przygodą. Co 100 metrów mijaliśmy tabliczki z różnego rodzaju zakazami, nakazami i informacjami. Nie można było jechać za szybko, ani się zatrzymać, nie wolno było robić zdjęć. Na lewo i na prawo znajdowały się ogromne instalacje lokalnej elektrowni i informacje o niebezpieczeństwie wyładowań itd. Dziwne miejsce. Flamingów tam nie było.

Letnicy na początku lutego

W Pafos można poczuć się jak wczasowicz. Spacer główną promenadą czy zwiedzanie reliktów stanowisk archeologicznych zawsze jest bardzo przyjemne. Miasto jest typowo turystyczne, ale w lutym urlopowiczów gości tam jak na lekarstwo, dzięki czemu możemy poczuć klimat miasta. Właśnie w lutym zaczyna się wiosna. Przyroda budzi się do życia, a kolory są intensywne. Niebieskie morze, błękitne niebo, zielone drzewa, nawet moja twarz nabiera czerwonego koloru. Albo to cypryjski kalendarz albo za dużo słońca.

16Pafos

17Zachód słońca w Pafos

Ostatniego dnia odjeżdżamy z Pafos w kierunku Larnaki. Po drodze zjeżdżamy z autostrady i zatrzymujemy się przy Petra tou Romiou czyli Skale Afrodyty. Według legendy dokładnie w tym miejscu z wody wyłoniła się grecka bogini. Mimo niskiej temperatury widzimy dwoje śmiałków, którzy zdecydowali się na kąpiel w morzu, według legendy będą mogli liczyć na błogosławieństwo wiecznego piękna. Nie przejmując się zbyt naszą urodą ograniczamy się do zamoczenia stóp.

19Skała Afrodyty

Nieubłaganie zbliża się nasz odlot. Pora oddać samochód i przepakować się na lotnisku tak, żeby plecak został zaakceptowany jako mały bagaż podręczny. Przed nami lot do Bukaresztu, a potem jeszcze do Mediolanu, ale to już wątek na osobną opowieść.

20Meczet Hala Sultan

W 3 dni naładowaliśmy się energią. Słoneczny Cypr pozostawia w nas silne uczucia. Piękna wyspa wiecznego słońca, szerokich plaż i antycznych zabytków skrywa też swoją ciemną stronę. To polityczny konflikt, który jest przyczyną dramatu wielu ludzi. To historie taka jak naszych gospodarzy, którzy zmuszeni są poruszać się jedynie w granicach państwa nieuznawanego przez międzynarodową wspólnotę.

KOSZTY w przeliczeniu na jedną osobę:

Bilety: Warszawa-Larnaka-Bukareszt-Mediolan-Gdańsk – 280 zł (uwzględniając członkostwo w WDC)

Noclegi: 80 zł + jeden darmowy

Auto z ubezpieczeniem i paliwem: 250 zł

PS. Dla zainteresowanych zmontowaliśmy jeszcze krótki filmik z naszej podróży

11 myśli na temat “Cypr – Jedno państwo, dwa narody

  1. Znam doskonale Cypr… z opowiadań 🙂 Niestety nigdy tam nie byłem. Bardzo mi sie podobają Twoje zdjęcia i tekst. Jestem zakochany w Pafos <3 🙂

Dodaj komentarz