Iran w Nowy Rok czyli inszallah

Jak Bóg pozwoli – usłyszałem w odpowiedzi na pytanie o godzinę odlotu naszego opóźnionego lotu z Teheranu do Bandar Abbas. Od kilku godzin koczujemy na krajowym lotnisku najbardziej zanieczyszczonej stolicy świata. Wciąż trudno mi opanować szok kulturowy. Iran. Jesteśmy tu od niecałej doby. Dotarliśmy do kraju, w którym za kilka dni będziemy obchodzić nowy rok. Kalendarz pokaże 1398.

.

Wiza do Iranu? Inszallah

Bilety z najtańszej puli lotów do Teheranu już ponad pół roku spokojnie czekają na skrzynkach mailowych. To moje największe podróżnicze marzenie. Niby nic wielkiego, żaden Sentinel czy Bora Bora. Marzę poznać perską gościnność, zobaczyć słynny marsjański krajobraz na własne oczy.

Na początku lutego polskie media ogarnia gorąca dyskusja wokół tzw. konferencji bliskowschodniej. Spotyka się ponad 60 państw, wśród których brakuje Iranu, za to obecne są Izrael i USA. Internet huczy od plotek o wstrzymaniu wydawania wiz w irańskiej ambasadzie, a na forach głośno o Polakach, którzy nie otrzymali wizy na lotnisku. Uśmiecham się blado spoglądając na książkę Artura Orzecha Wiza do Iranu. Pora działać. Próbujemy z wizą online. Po ponad tygodniu odpowiedź z ambasady:

Twoja aplikacja została odrzucona.

Powód odmowy:

از طریق آژانس توریستی اقدام شود.

Czas nagli, a strach, że bilety pozostaną jedynie na skrzynkach pocztowych zaczyna mnie paraliżować. Wybieram jedną z agencji, która pomaga w uzyskaniu wizy. Key2Persia liczy sobie za to 35 dolarów i w każdych innych okolicznościach uznałbym to za zdzierstwo, ale spoglądając na telewizor i napięcia polityczne uznaję, że nie ma sensu ryzykować wizy na lotnisku. Z początkiem marca odbieramy upragniony dokument. Spełnienie marzeń za niecałe 2 tygodnie!

 

Irański fanatyzm czy irańska gościnność?

Nie rozumiem fenomenu pytania o bezpieczeństwo w Iranie. Próba skojarzenia irańskiego rządu i społeczeństwa z dżihadem, ISIS i terroryzmem to ze strony USA kwadratura koła. Niestety skuteczna. Nie zliczę ile razy usłyszałem jak moi rozmówcy mylili Iran z Irakiem, pytali czy nie boimy się Arabów (choć Iran w przewadze zamieszkują Persowie) i co z tym fanatyzmem religijnym (choć są to szyici, których fanatycy religijni uznają za heretyków). Są to szalenie krzywdzące opinie. Nie da się zrozumieć Iranu oglądając wiadomości czy czytając książki. Trudno go zrozumieć nawet będąc na miejscu, ale to jedyna szansa, żeby zbliżyć się do niego choć trochę. Na miejscu poraża mnie ogromny kontrast między medialnym obrazem religijnych fanatyków, a życiem naszych irańskich gospodarzy, przewodników, przyjaciół… Duma i spokój z jakim przyjmują tę propagandę zasługuje na słowa najwyższego uznania. Ale nikt nie opowie o tym lepiej niż oni sami. Poznajcie historie naszych przyjaciół!

 

Masz przyjaciół tysiąc – zbyt mało ich będzie. Masz wroga jednego – napotkasz go wszędzie.
Ali ibn Abi Talib.

.

Keszm i okolice

Opóźniony samolot z Teheranu do Bandar e Abbas ląduje po 21 czasu lokalnego. Czekamy na podstawienie autobusu do terminalu. Na pokładzie samolotu robi się na zmianę zimno i duszno. Gapię się na pożółkły sygnalizator „zapiąć pasy” kiedy otwierają się drzwi. Łapiemy taksówkę na jedno z pobliskich osiedli mieszkaniowych. Tam czekają na nas Fatima i Soros. Młode małżeństwo, które zamieszkuje trzypokojowe mieszkanie w nowym budownictwie. To nasz pierwszy kontakt z życiem codziennym mieszkańców Iranu. Soros pracuje średnio 15 godzin dziennie i wygląda jak wrak człowieka. Wrak, który jednak wciąż się uśmiecha i patrzy na nas wzrokiem pełnym życzliwości. Jego żona, w chuście na głowie wygląda zjawiskowo i tajemniczo, wrażenie to potęguje jej małomówność. Cały ten obraz wpisuje się w tradycyjny model rodziny irańskiej. Fatima opiekuje się domem, położonym ponad tysiąc kilometrów od jej rodzinnej miejscowości. Soros podobnie jak żona pochodzi z północnego Iranu, gdzie od dziecka mieszkał w niewielkiej, górskiej wiosce.

– To co Cię tu ściągnęło?
– Praca.
– A czym się zajmujesz?
– Pracuję przy wydobyciu ropy. 12 godzin dziennie i po 1,5 godziny na dojazd.
– To kiedy Ty odpoczywasz?
– Nie odpoczywam – nagle słyszę śmiech gospodarza.

 

Mieszkanie naszych gospodarzy w Bandar Abbas.

 

Siedząc na futurystycznym dywanie popijamy czarną herbatę. Roztapiamy w niej pałeczkę kandyzowanego cukru z szafranem. Jest późny wieczór, a Soros mimo, że siedzi, to zdaje się przysypiać. Staram się zagadać.

– Co polecacie zwiedzić w okolicy?
– Musicie wybrać się na Ormuz.
– To ta kolorowa wyspa? – dopytuję używając skrótu myślowego.
Tak, czerwony, żółty, zielony, niebieski…
– I skąd gleby mają tam takie niesamowite kolory? – dopytuję, co wprawia gospodarzy w konsternację.
No, z natury… – oznajmili zdziwieni, nie całkiem rozumiejąc mój dylemat procesów chemicznych jakie zachodzą w glebach na wyspie.
A zdążymy potem jeszcze na Keszm?
– Bez problemu, ostatni prom odpływa o 14.

 

Ormuz – bogactwo kolorów najlepiej widać po deszczu.

 

Droga do piekła? Ormuz.

 

Rano płyniemy na Ormuz, a potem jeszcze na Keszm. Dwie niewielkie wyspy po gorszej stronie Zatoki Perskiej. Cała ich wina w tym, że tu życie toczy się swoim rytmem, nie ma wielkich korporacji, centrów handlowych, drapaczy chmur. Jest połów ryb, przemyt i wielbłądy, które wypasają mężczyźni. Są też maski, za którymi ich żony chowają swoje twarze. Nie mówię tu o zwykłej burce czy nikabie. Tych w Iranie raczej nie uświadczysz. Chodzi o maski. To Wenecja Bliskiego Wschodu.

 

Tradycyjny ubiór kobiet i mężczyzn na południu Iranu, Keszm.

 

Legendarne maski doczekały się nawet swojego muralu.

 

Ormuz jest zdominowane przez irańskich turystów. Jaskinia solna, kolorowe gleby, skały, plaże. Zwiedzamy ją tuk-tukiem. Nie musisz szukać przewodnika, bo zaraz po wyjściu z portu to przewodnik znajdzie Ciebie. A potem w jakieś trzy godziny razem przejedziecie całą wyspę.

 

Jaskinia solna na wyspie Keszm. Sól widać na stropie i ścianach bocznych.

 

Od wczesnego ranka w okolicy mamy oberwanie chmury. Po kilku godzinach przemoczeni docieramy do portu, z którego wypływamy w kierunku wyspy Keszm. Na miejscu łapiemy taksówkę. Wąsaty arab w galabiji zaprowadza nas do swojego Peugeota 405. Do przejechania jest praktycznie cała wyspa, około 100 kilometrów. Za półtoragodziny jazdy płacimy 800 tysięcy riali. 20 złotych. Wysiadamy tuż przed naszym guesthousem.

Wynajmujemy pokój u Assada, który jest chyba najbardziej znanym człowiekiem na wyspie. Wszyscy znają jego i on zna wszystkich. Prowadzi miejsce, które jest hybrydą couchsurfingu z Airbnb i domieszką hotelu w systemie all-inclusive. Żona Assada doskonale gotuje, a w przerwach między konkretnymi posiłkami, serwuje nam herbatę i cukierki. W domu mieszka jeszcze nastoletnia córka, która bardzo dobrze mówi po angielsku. Jako jedyni goście w domu szybko włączamy się w życie rodzinne. Na dywanie w salonie wspólnie jemy śniadania, obiady i kolacje. Wieczorem dokarmiamy szczeniaki, których legowisko znajduje się dwieście metrów od domu. Mamy szczęście, że tu trafiliśmy. Właściwie nie wiem czy jesteśmy jeszcze turystami czy już gośćmi.

Wieczorne zakupy w sklepie naprzeciwko domu Assada to kolejna porcja ciekawostek. Starszy mężczyzna o typowo arabskiej urodzie widząc, że szukam szamponu do włosów, koniecznie chce mi sprzedać szampon czosnkowy. Ostatecznie idę na kompromis i wybieram jakąś ziołową kompozycję, za to bez czosnku. Za szampon, cztery batoniki, wodę i chrupki płacę niecałe cztery złote.

Rano podjeżdża po nas Toyota Hilux. Najpopularniejszy na wyspie model samochodu. Z poziomu paki tej terenówki zwiedzamy wyspę. Marsjańskie krajobrazy, wielbłądy, kozy, a na horyzoncie Zatoka Perska. Nasz kierowca Ibrahim zatrzymuje się na środku drogi. Do samochodu wsiada pieszy, którego wysadzimy 500 metrów dalej. Ot, taka sąsiedzka przysługa.

 

Judyta na pace Toyoty Hilux.

 

Wjazd na parking przed jaskinię solną na Keszm jest darmowy. Wypożyczenie latarek czołówek kosztuje kilka złotych.

 

Na wyspie objeżdżamy główne atrakcje. Jaskinia solna, rezerwat ptaków wodnych, plaże i kaniony. Między jedną z atrakcji, samochód zatrzymuje policja. Ibrahim za brak zachowania bezpieczeństwa przy przewozie pasażerów musi zapłacić karę w wysokości 500 000 riali (ok. 16 zł). A jazda na pace była taka cudowna. Zrzucamy się na mandat, ale sprawa nie jest tak prosta.

– Ibrahim, trzymaj to za mandat.
– Nie, nie, nie! Absolutnie nie mogę tego wziąć!
– Daj spokój, przecież to przez nas wypisali ci mandat, bierz!
– Nie mogę.
– Nalegam, weź te pieniądze, to sprawisz nam przyjemność.
– Dziękuję – powiedział schylając głowę i kładąc prawą rękę na wysokości kości obojczykowych.

[Taarof]

Tu właśnie był taarof, zwyczaj nieznany nigdzie indziej na świecie. Dopiero za trzecim razem Ibrahim wziął pieniądze, mimo że dyskretnie ucieszył się już w momencie kiedy zapytałem go o wysokość mandatu. Nie mógł przecież po prostu wziąć pieniędzy, to byłoby to z jego strony straszne faux pas.

Nie zdziw się, kiedy ktoś zaproponuje Ci darmowy obiad. W restauracji siedzący przy sąsiednich stolikach zapytają cię czy nie chcesz może potrawy z ich talerza. Otwierając wodę w metrze wypada przepytać pół wagonu czy może ktoś nie chciałby napić się przed Tobą, a jeśli odwiedzasz irańską rodzinę, to nawet po obiedzie będą ci proponować posiłek. Spróbuj im odmówić – ee to przecież taarof, na pewno są jeszcze bardzo głodni! – pomyśli irański gospodarz. A jeśli chcesz od kogoś przyjąć dar, to najpierw wypada dwa razy odmówić. To trzecia odpowiedź ma znaczenie. Piękne subtelności.

 

Wrakowisko łodzi rybackiej, Keszm.

 

Drewniana łódź, Keszm.

 

Chowam portfel do lewej kieszeni spodni, a Toyota rusza zostawiając za sobą gęstą chmurę pyłu.

Dwa dni później wygodny autobus zabiera nas z portu na Keszm. Tylko trzy siedzenia w rzędzie i mnóstwo miejsca na nogi to standard, który zdecydowanie zbyt rzadko spotykamy w Europie. Przed nami 600 kilometrów drogi, którą średnio raz na godzinę przerywa kontrola policyjna. Jeszcze dziś będziemy w Szirazie.
W komórce zabrzęczał mi sms od naszego przewodnika: Jakub, dzisiaj w Szirazie będzie trochę szaleństwa. To ostatni wtorek roku. Wszyscy rzucają petardy, krzyczą, śpiewają. Jakby coś wybuchło, to tylko petarda. U nas nie ma ataków terrorystycznych 🙂.

 

Kanion. Wejście na górę raczej dla śmiałków, Keszm.

 

Panorama kanionu, Keszm.

 

Po drodze mijamy więcej wielbłądów niż samochodów…

 

 

 

Shiraz – romantyzm po persku

Bez pośpiechu! Jesteście w Szirazie, rozejrzyjcie się. Tutaj nikt się nie spieszy. Nawet reszta Iranu ma nas za ostatnich leni i w sumie mają rację – roześmiał się Abbas, trzydziestoletni inżynier budownictwa.

Faktycznie, szybki przegląd okolicy przekonuje, że Shiraz żyje jeszcze spokojniej niż południowy Iran. Tradycja celebrowania życia jest tutaj piękna i długa. W mieście jest bardzo dużo pięknych ogrodów, punktów widokowych, zabytkowych meczetów. Przed rewolucją islamską atrakcją było także wspaniałe winnice. Dziś najważniejszym symbolem miasta jest Różowy Meczet.

 

Różowy Meczet w Szirazie.

 

Kolorowe witraże robią wrażenie, ale tłum zwiedzających skutecznie gasi blask tego miejsca. Szybko wychodzimy. Koło południa słońce daje się we znaki. Idziemy na lody z sokiem marchewkowym. Trzy razy po drodze dopytuję Abbasa czy na pewno ma na myśli sok marchewkowy. Trafiamy pod najstarszą, kultową wśród mieszkańców Szirazu miejscówkę, w której takie lody podaje się już od kilkudziesięciu lat. Są pyszne.

Nasz przewodnik pokazuje nam najbardziej lokalny Sziraz. Odkrywa sekrety swojego miasta, dobrze rozumiejąc jakie rzeczy mogą nas interesować.

 

Widok na osiedla mieszkaniowe, Sziraz.

 

A jak jest z polityką? Wiem, że to drażliwy temat, ale powiedz czego się spodziewać – zagaduję.
Sam nie wiem czego. Mam złe przeczucia. Rząd ma poparcie około 10 procent społeczeństwa. A mamy dwie armie…
– Czyli co, wojna domowa, ale kiedy?
– Nie wiem, ale możliwe, że już za kilka lat.
– Po której stronie byś stanął? Strażników Rewolucji czy armii cywilnej?
– Wolę o tym nie myśleć – powiedział Abbas, po czym jechaliśmy chwilę w milczeniu. Z głośników brzmiała sentymentalna piosenka. Melancholijny wokal wyrażał tęsknotę za Isfahanem – rewolucja islamska zastała autora tekstu w Europie i nie mógł wrócić do swojego ukochanego miasta.

Twarz Abbasa spochmurniała, ale nie na długo. Najpierw pojawił się szelmowski uśmiech, który zdradził, że chce nam coś powiedzieć, a potem pokazał palcem na samochód na lewym pasie.

Widzisz to białe auto? Samochody marki Saipa zabiły tu całe rzesze ludzi. Jest taki kawał, że gdyby Hitler produkował te auta, mógłby podbić całą Europę bez jednego wystrzału, wystarczyłoby żeby je eksportował za granicę – roześmiał się nasz przewodnik.

 

Najbardziej niebezpieczny pojazd na irańskich drogach – Saipa Saba. Obok popularne lokalnie Peugeoty. W tle kultowa lodziarnia, otwarta w 1956 roku — skosztujecie tam lodów z sokiem marchewkowym.

 

O, a tu po prawej stronie jest miejsce na schadzki dla młodych. To taki nasz lokalny Tinder. Podjeżdżasz samochodem i jak się spodobasz to dostaniesz numer. Nie mamy klubów nocnych, pubów, nie mamy dyskotek. A przecież ludzie muszą się gdzieś poznawać. Zmotoryzowani wybierają tę ulicę. Nawet w nocy masz tu spory zator – roześmiał się tubalnym głosem, po czym skręcił w lewo i zaparkował swojego białego Peugeota 206 naprzeciwko lokalnego bistro.

Abbas, czytasz mi w myślach. Kupimy tu coś do jedzenia?
– Jasne, ale tu jest tylko jedzenie na wynos. Możemy zjeść u mnie albo w parku niedaleko.
– To zamów coś i jedziemy do Ciebie.

[W irańskim domu]

Nasz przewodnik mieszka w nowym budownictwie. Na drugim piętrze zajmuje mieszkanie, które na pierwszy rzut oka wygląda jakby powstało na zachodnią modłę. Początkowo jedynie perski dywan w salonie zdradza, że to Bliski Wschód a nie jakiekolwiek europejskie państwo. W irańskich mieszkaniach znajdziemy jednak dużo nowinek. Podstawowa sprawa to toaleta. Nierzadko połączona z łazienką różni się przede wszystkim sedesem, którego tak na dobrą sprawę nie ma, bo zastępuje go ubikacja kucana, obowiązkowo z dociągniętym wężykiem z bieżącą wodą do opłukiwania. Jakby to zrobić by napisać ładnie o brzydkich rzeczach… hmm działa to tak, że najpierw należy się opłukać, a potem papierem wytrzeć, ale papier ląduje w śmietniku, nie w ubikacji. Uff. Mamy za sobą toaletowy savoir-vivre, to warto wspomnieć o jadalni – często połączona z salonem. Tradycyjnie posiłki spożywa się na dywanie, na którym gospodarz kładzie jednorazową, foliową ceratę. W kuchni znajdziemy najczęściej aż pięć palników, z czego jeden jest wyjątkowo duży. Swego rodzaju osobliwość stanowią gazowe kominki, które wyglądają tak jakby gazowy piecyk zabudować w miejscu tradycyjnego kominka. Wszystkie inne rzeczy, od bibelotów po sprzęt RTV nie różnią się zasadniczo od fatałaszków dobrze znanych z naszych mieszkań i domów.

Wejdźcie, czego się napijecie? Tu macie cukierki, tu ciasto, tu orzechy, a tam są bakalie – tak powitała nas babcia Abbasa. Na nic moje tłumaczenia, że dopiero jedliśmy obiad. Zagłusza nas salonowy gwar. Wszyscy się przekrzykują, żartują, gdzieś w tle brzęczy telewizyjny teleturniej. Jakby tego było mało, ktoś otworzył klatkę, z której wyfrunęła papuga strasząc seniorkę rodu. Cały obrazek definiuje domową atmosferę na miejscu.

W innym miejscu i czasie, inny gospodarz otrzymał telefon od swojego znajomego, który  poprosił o przypilnowanie mieszkania przez kilka dni. Na wieść, że nasz gospodarz ma gości odparł krótko – Wasi goście to moi goście. Bawcie się dobrze. Takim sposobem w Isfahanie spaliśmy w ponad 200 metrowej willi z wbudowaną w bryłę oranżerią. Nieźle? Nieźle!

Otwieramy drzwi do mieszkania, zostawiamy torby z jedzeniem i siadamy na dywanie

Czego się napijecie? – pyta Abbas.
Rozmawialiśmy dzisiaj o piwie, może masz akurat trochę w lodówce?

Takim sposobem obok Kababu ląduje szklanka piwa z szafranem. W Iranie picie alkoholu jest surowo zabronione. Porządku obyczajowego pilnuje specjalny oddział policji, który doprowadza winnego przed oblicze sądu. Dawniej popularna była kara chłosty, ale w ostatnich latach najczęściej kończy się na grzywnach.

Lokalne browarnictwo daje radę. Lekkie, jasne piwo o słomkowym kolorze, z wyraźną nutą szafranu. Pomyśleć, że nasz gospodarz kupił je od dilera, to brzmi kuriozalnie. Po obiedzie wracamy do samochodu. Ruszamy w kierunku północnym, do wioski Ghalat. Przed włączeniem silnika Abbas pyta czy nie będzie nam przeszkadzało, jeśli włączy sobie nagraną na płycie CD modlitwę. Jak sam o sobie mówi nie jest zbyt religijny, ale wierzy w to, że modlitwa zapewni nam bezpieczną podróż. Jadąc ulicami Szirazu słuchamy wersetów Koranu i patrzymy na coraz rzadszą zabudowę.

 

Obiad z naszym gospodarzem w plenerze, Sziraz.

 

Persepolis, widok na ruiny.

 

.

Ghalat czyli irański Amsterdam

40 kilometrów na północny zachód od dawnej stolicy Persji, znajduje się niewielkie miasteczko, które zdobywa coraz większą sławę. Ghalat zamieszkuje zaledwie 2,5 tysiąca osób, ale zna lub słyszał o nim prawie każdy mieszkaniec Szirazu. Wyjątkowo piękne położone – na wysokości ponad 2000 m. n.p.m. – czaruje urokliwymi ulicami, ruinami ormiańskiego kościoła, czy pięknymi wodospadami. Mieszkańcy Szirazu jeżdżą tam na piknik i spacer lub… po zakup marihuany.

[O narkotykach i alkoholu słów kilka]

Iran jest krajem paradoksów, dziwnie skodyfikowanego prawa i jego zwyczajowej interpretacji. Zachód daje się karmić niepojętymi dla europejskiej wrażliwości karami. Chłosta mokrym batem działa na wyobraźnię, a co dopiero publiczna egzekucja! Za najcięższe przestępstwa, takie jak morderstwo dziecka czy zbiorowy gwałt, ale także handel opium można zawisnąć w publicznym parku na żurawiu ciężarówki.

Inaczej wygląda sprawa z marihuaną. Jeśli nie posiadasz dużych ilości, raczej nie grozi ci szczególne niebezpieczeństwo. O tym jak różne jest podejście do opium i popularnej trawki niech świadczy fakt, że w Ghalat i Szirazie nikt specjalnie się z tą używką nie kryje.

Sam proces zakupu marihuany lub alkoholu najczęściej wygląda tak, że chcąc nabyć zakazany towar musisz znać kogoś kto zna dilera. Z polecenia tego kogoś Twój numer telefonu ląduje w komórce sprzedawcy. Jeśli jest zapisany i zadzwonisz, diler odbierze, jeśli numer jest nieznany – nie ma szans. Umawiacie się w konkretnym miejscu. Nie wysiadając z samochodów przekazujecie sobie towar i pieniądze. Nie ma czasu na to, żeby się wzajemnie sprawdzać.

Latem jest u nas gorąco. Przez cały miesiąc kupowałem sobie piwo. W końcu dealer powiedział mi, że jestem jego najlepszym klientem, ale trochę martwi się o moje zdrowie i zrobił mi wykład na temat wpływu alkoholu na zdrowie – roześmiał się Abbas.

My do Ghalat jechaliśmy w celach rekreacyjnych (i to bez żadnych podtekstów). Wjazd do centrum miasta zabezpieczony jest punktem poboru opłat. Abbas podaje kartę kredytową i… na głos dyktuje swój numer PIN. Jak nam tłumaczy w Iranie to powszechna praktyka. Auto parkujemy na poboczu głównej ulicy. Daje się odczuć, że jesteśmy wyżej niż w Szirazie. Jest dużo chłodniej, a powietrze okazuje się rześkie, przynajmniej do momentu, w którym dwóch mężczyzn ciągnących olbrzymi worek zostawia za sobą bardzo intensywny zapach trawy. Abbas, jak przystało na mieszkańca Szirazu, nadaje nam spokojne, leniwe tempo. Powoli pniemy się w górę, w kierunku wodospadu. Krótka przerwa na lody i pora na dalszy marsz. Przez środek drogi przepływa wartki strumień, więc siłą rzeczy zostaje nam skakać po kamieniach. Po kilkunastu minutach docieramy pod wodospad. Wokół rozciąga się ciekawa panorama na okoliczne wioski i pola.

 

Irański Amsterdam? Logo Marihuany znajdziesz nawet na śmietniku.

 

Ghalat, historyczne centrum.

 

Punkt widokowy na górze, Ghalat.

 

Nowy Rok, 1398!

Jest 20 marca. Ostatni dzień roku 1397, według kalendarza irańskiego. Świętować będziemy w Szirazie. Zamawiamy przyjazd z ulicy, na której mieszka Abbas do naszego hostelu. Koszt regularnej taksówki przy irańskiej inflacji jest dla polskiego portfela niewielki, ale i tak można znaleźć sposób, żeby jeździć jeszcze taniej – zamawiamy przejazd ze Snappem, który jest lokalnym odpowiednikiem Ubera.

To najdziwniejszy przejazd w życiu. Powinien zająć nam 10-15 minut, ale kierowca nie do końca kojarzy wskazany przez nas adres. Wie natomiast, że w okolicy często korkują się ulice, więc postanawia pojechać na około. Po około 20 minutach jazdy kierowca zatrzymuje się, żeby dopytać o drogę. Zagaja mężczyznę opartego o stojący na poboczu samochód. 60-latek z chmurą dymu marihuany zaczął coś żywo tłumaczyć. Nasz kierowca poirytowany intensywną wonią skręta odjeżdża, ostentacyjnie machając ręką w powietrzu, tak jakby miało to pomóc w wywietrzeniu. W końcu po kolejnych 10 minutach jazdy docieramy do ślepej uliczki. Wówczas na pomoc kierowca woła przechodniów, którzy mają nas do hostelu… zaprowadzić. Za trzy godziny spotykamy się w okolicy Grobowca Hafiza.

Na miejsce docieramy przed czasem. Mamy go wystarczająco dużo, żeby swobodnie pospacerować po parku. Podchodzę pod nagrobek Hafiza i składam hołd człowiekowi, który Koran znał na pamięć. Wokół grobowca sufickiego poety panuje niezwykle mistyczna atmosfera.

 

Nouruz z naszym gospodarzem, Sziraz.

 

Równonoc wiosenna. O godzinie 1:30 zaczyna się prawdziwe szaleństwo. Tysiące młodych ludzi świętuje Nowy Rok, głośne krzyki, szczery śmiech, serdeczne uściski. Węzeł moralności zdaje się nieco luzować. W powietrzu unosi się zapach alkoholu i marihuany. Zaczyna się odliczanie sekund do nowego roku. Po chwili wrzawa jest jeszcze większa. Zaczyna się pokaz fajerwerków. Na szyi zawiesza mi się niewysoki facet z idealnie zrośniętymi brwiami. Szarpie mnie za bary wykrzykując najlepsze życzenia w nowym roku. Obok stoi Abbas, którego wyraźnie rozbawiła cała scena. Co chwilę ktoś nas zaczepia mówiąc: Welcome to Iran albo pytając: Where do you come from?. Po godzinie, wymęczeni długim dniem kierujemy się do wyjścia. W tle słychać irańskie jodłowanie, a obok mnie kobieta w średnim wieku wystukuje na jednej z bramek wyjściowych rytm, który szybko podłapują inni. Zaczyna się spontaniczne szaleństwo.

[Haft-sin i inne zwyczaje]

Iran Nouruz świętuje głośno, hucznie i pięknie. To nie tylko sam nowy rok, ale dwutygodniowy okres świąt, podczas których Irańczycy podróżują po całym kraju odwiedzając rodzinę i bliskich. Artur Orzech, autor znakomitej książki Wiza do Iranu odradzał podróż do Iranu w tym czasie. Poza pewnymi uciążliwościami trudno powiedzieć czym było to podyktowane. Prawdą jest, że miasta się różniły. Puste były jedynie niektóre bazary, a przepełnione centra miast. Ogólnie wszystko funkcjonowało normalnie.

Jednym z ważniejszych elementów wystroju irańskich mieszkań na Nouruz jest aranżacja Haft-Sin. To zbiór siedmiu symbolicznych przedmiotów, których nazwy zaczynają się na literę sin perskiego alfabetu. Są to odpowiednio: sabzeh, samanu, senjed, seer, seeb, som–aq, serkeh czyli m.in. czosnek, jabłko czy ocet. Na stole znajduje się też dużo ozdób, które nie mają symbolicznego znaczenia, ale są stałym elementem ozdób. Do najpopularniejszych należą jajka, świece i złote rybki, w Kaszanie widzieliśmy także specjalne ciasteczka pieczone lokalnie na Nouruz.

Do ciekawszych zwyczajów należy także rozdawanie jedzenia – my załapaliśmy się na słodkie ciasteczka, chociaż Abbas zdradził, że przy innych świętach można liczyć na pełny obiad.

Pora ruszać dalej. To dziwne uczucie być jeszcze w jakimś miejscu i już za nim tęsknić. Autobus miał wyruszyć pół godziny temu, ale z nikomu niezrozumiałych przyczyn ciągle stoi. Inszallah, tak można byłoby to ująć. W końcu ruszamy. Jedyni nie-Irańczycy na pokładzie. Mijamy pasterzy pasących kozy. Meczety. Góry. Przed nami kilka miast i nieunikniony powrót do stolicy.

 

Tradycyjna aranżacja na Nowy Rok.

 

 

Isfahan się bawi, Kaszan medytuje

Dawno nie widziałem takich tłumów. Jest godzina 17, a na Placu Imama trudno znaleźć wolny skrawek ziemi. Spacerujące rodziny, młodzież grająca w siatkówkę lub w karty. Oaza szczęścia i spokoju. Kilka godzin mija nam błyskawicznie. Zamawiamy kolację, popijamy herbatę.

Nawet przed północą Saipa naszego gospodarza staje w korku. Nie ma wolnych miejsc parkingowych, więc wyskakujemy koło mostu Pol-e Chadżu. To najbardziej znany most w Isfahanie. W poszczególnych kanałach mostu gromadzą się grupy młodych ludzi. Śpiew, szisza, selfie. Po pół godziny zmęczenie bierze górę. Wołam Mohammada i jedziemy do domu. Rano ruszamy na pustynię.

 

Plac Imama, Isfahan.

 

 

Mecz w polo. Brytyjski kolonializm?

 

Pustynia Varzaneh to zupełnie inny poziom wrażeń niż autobusowy spęd w Dubaju, przy granicy z Omanem. Tutaj wokół nie ma nic. Tylko piasek. Razem z naszym gospodarzem i jego przyjacielem robimy grilla, rozpalamy sziszę, parzymy herbatę. Prawdziwa uczta na pustyni.

 

Pustynia Varzaneh.

 

 

Przed obiadem. Varzaneh.

 

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w miejscowości Varzaneh. Warto zobaczyć tam jeden z tradycyjnych gołębników, w którym dzisiaj funkcjonuje quasi-muzeum. Ze szczytu budynku widać ładną panoramę miasteczka. Mohammad zwraca nam uwagę na czadory, które w odróżnieniu od reszty kraju są tutaj białe.

*

Kolejny dzień, kolejne miasto. Kilka godzin drogi i zatrzymujemy się w Kaszanie. Znów w prywatnym domu, tym razem u Aliego, który nie ma dla nas zbyt dużo czasu. Myślami zdaje się pisać właśnie egzaminy językowe, które czekają go za dwa tygodnie. Miasto zwiedzamy sami.

 

Meczet w Kaszanie.

 

Na dachu łaźni, Kaszan.

 

Czy jesteśmy złymi ludźmi? – pyta mnie młody dryblas, zaciągając się dymem z papierosa. Papierosy to rzadki widok w Iranie. Mało nie zakrztusiłem się kawą, którą popijałem właśnie przed drzwiami do malutkiej kawiarenki.
My? W sensie, że kto? Ja i ty? – nie byłem pewien intencji rozmówcy.
My, Irańczycy.
– Nie, dlaczego?
– Tak o nas mówią. W Europie, w Stanach Zjednoczonych… Skąd jesteś?
– Lachestan.
– Ooo Robert Lewandowski!

*

Polski napastnik niemieckiej drużyny był też tematem rozmów w taksówce, którą jechaliśmy z Kaszanu do Aran o Bidgol. Na miejscu jest jedna atrakcja. Piękny meczet, który wygląda jak z jakiegoś alternatywnego świata. Jak z bajki.

– Wchodzisz?
– Nie wiem czy mogę.
– A jesteś muzułmaninem?
– Nie, jestem katolikiem.
– To żaden problem, zdejmij buty i chodź ze mną – pod ramie wziął mnie nieznajomy mężczyzna, którego rodzina spędzała czas na popołudniowej modlitwie.
– Poznaj mojego ojca – przedstawia mi seniora, który wartko ściska mi rękę – a to mój wujek, obok jest mój drugi wujek, ten tutaj to mój brat. Ten ostatni wita się jakby wybudzony z modlitwy, do której po chwili wraca.

Kiedy poznałem już całą rodzinę, mieliśmy chwilę by pogadać o sporcie. Tym razem to nie piłka nożna, a siatkówka. Obaj wspominamy słynny bój jaki reprezentacja polski stoczyła w 2014 roku z kadrą Iranu.

.

Teheran pracuje

Teheran to ogromna metropolia. 12 milionów mieszkańców. Miasto jest zatłoczone i zanieczyszczone, więc najszybciej z punktu A do punktu B dostaniemy się schodząc do podziemia.

 

Panorama z Azadi Tower, Teheran. W tle Bordż-e Milad.

 

W godzinach szczytu metro zawsze będzie zatłoczone. Nieważne czy jesteś w Moskwie, w Tokio czy w Teheranie. Ale tylko w Iranie Twoja żona w męskim przedziale metra poczuje się jak królowa.

Ktoś poklepuje moje ramię. Facet w wieku mojego ojca. Właśnie wstał ze swojego miejsca, żeby Judyta mogła usiąść. Za pierwszym razem czuję się dziwnie, ale z czasem zaczynam rozumieć. To jest teatr uprzejmości, małych gestów, które stworzyły wielkie społeczeństwo.

Chyba się przejaśnia. Ostatnie kilka godzin spędzamy w hostelu. W całym kraju jest ulewa, a fala powodziowa płynie z południa na północ. Kilka dni temu wyjechaliśmy ze słonecznego Szirazu. Dziś kierowca mówi mi o 17 ofiarach powodzi i wojsku na ulicach. W pośpiechu wysyłam wiadomość do Abbasa czy jest cały. Z nim jest wszystko w porządku, ale wysyła nam zdjęcia, które powalają. Wyrwy w ziemi, zmiażdżone samochody, żołnierze, karetki. Na wysokości dawnej amerykańskiej ambasady wysiadamy z taksówki. Robię zdjęcia murali, które definiują temperaturę obecnych stosunków Iranu z USA.

 

Graffiti przed byłą ambasadą amerykańską, Teheran.

 

Park artystów, Teheran.

 

Młodzież w Teheranie do złudzenia przypomina swoich rówieśników w Europie, czy Stanach.

 

Mam nadzieję, że niedługo coś się zmieni – zagaduje mnie wracający elegancik w płaszczu.
A co dokładnie?
– Potrzebujemy tu Stanów. Powinni wrócić. Inaczej nasza gospodarka w końcu upadnie.

Temat relacji z USA wraca kilkaset metrów dalej, w Ogrodzie Artystów. W ostatnich latach oprócz liści na drzewach, wiszą tu także skazańcy na dźwigach. Okrutne praktyki mają szokować społeczeństwo. Teraz plac jest prawie pusty. Trudno to sobie wszystko zwizualizować. Znowu ktoś nas zagaduje.

Podoba Wam się ten park?
– Tak, a przed chwilą byliśmy przed budynkiem byłej ambasady USA.
– Mam nadzieję, że utrzymają sankcje…
– CO?!
– Inaczej nic się tu nie zmieni. Pracowałem 10 lat w Londynie. Jeśli chcemy mieć normalne państwo, ten rząd musi ustąpić.
– Nie rozumiem, przecież to przez sankcje macie takie problemy gospodarcze.
– Bo sankcje to jedyny sposób wywierania presji na rządzie.

Most Tabiat. Rozciąga się z niego piękna panorama na Teheran. Jutro rano lecimy do domu. To ostatnie miejsce, które zostaje mi w pamięci. Potem jeszcze nocny rajd na lotnisko. Odprawa i zabawne przejście przez bramki. Zabawne, bo Strażnicy Rewolucji Islamskiej wyjmowali moje brudne skarpetki, żeby dotrzeć do niewielkiego gimbala, sprawdzić co to jest i czy przypadkiem nie jest groźne.

 

Teheran nocą, widok z Mostu Natury.

 

Most Natury, Teheran.

 

Samolot. Chusty znikają z głów większości pasażerek. A my znikamy z tego kraju. Kiedyś tu wrócimy. Inszallah.

 

5 myśli na temat “Iran w Nowy Rok czyli inszallah

  1. Masz cudowny styl pisania 😀 Czytał niczym fragment książki. Chętnie będę tu wpadać częściej i dowiadywać się czegoś o świecie. W sumie to kojarzyłam to, że w niektórych krajach nie można od razu się zgodzić, tylko trzeba najpierw parę razy odmówić. Ciekawy zwyczaj 😉

  2. Genialnie napisane.. dawno nie czytałam wpisu blogowego z taką przyjemnością! 😀 Iran uwielbiam, kultura i język… chciałabym tam kiedyś pojechać a dzięki Tobie czuję jakbym trochę tam była i za to dziękuję 😀

  3. Dziękuję! To miłe czytać takie słowa 🙂 a jak będziesz miała okazję wybrać się do Iranu to absolutnie się nie zastanawiaj, tylko pakuj walizki!

Dodaj komentarz