Przez Berlin i Bazyleę do Islandii – w poszukiwaniu zorzy

Islandia – tajemnicza kraina zorzy, lodowców, gejzerów, wodospadów i Wikingów. Dziewicza natura co rok przyciąga setki turystów z opiętymi portfelami i harmonogramem zwiedzania zaczerpniętym z biura podróży. Ale co oferuje Islandia gdy czwórka młodych ludzi wpada na szalony pomysł, żeby polecieć tam, możliwie najtaniej, nie rezygnując z podziwiania piękna, które jest tam wszechobecne?

 

Prolog

Wybór opcji, w której wszelkie zmartwienia przejmuje biuro podróży z pewnością jest wygodny, ale to byłoby trochę jak pójście w dresie do teatru. Niby możesz to zrobić, ale na pewno nie wypada i prawdopodobnie nie ma sensu. Pomijając nawet to czy “wypada” czy może jednak nie, nas po prostu na biuro podróży nie stać.

W lipcu, z inicjatywy mojej dziewczyny, postanawiamy odbyć zimową podróż na północ Europy – Musimy obejrzeć zorzę polarną – oznajmiła. Mimo, że miałem dużo wątpliwości, czułem, że nie mam pola do dyskusji i lepiej po prostu dać za wygraną. Wprawdzie podchodziłem do pomysłu sceptycznie, ale skoro do tej pory to ja wybierałem kierunki podróży, pora była oddać inicjatywę – kto wie, może coś z tego będzie – pomyślałem. Na drodze kompromisu, po odrzuceniu północnej Norwegii i Szwecji, rzuciłem – Islandia – nie wiedząc jeszcze, że będzie to nasza największa i najciekawsza wyprawa.

W sierpniu, z całkowicie nieprzymuszonej woli siedziałem w szczerym polu z gracą, kilofem i łopatą w rękach, a na szyi z rysownicą. Brałem udział w wykopaliskach archeologicznych i wyposażony w powyższy rynsztunek otrzymałem telefon, dzwoniła Judyta – moja dziewczyna. Słyszałem jedynie co drugie słowo – trochę dlatego, że byłem w szoku, trochę dlatego, że nie miałem zasięgu: ,,patent krakowski”, ,,Islandia”, ,,bilety”, ,,390 złotych”. Gdy przesunąłem się kilka metrów, żeby złapać zasięg i ochłonąłem nieco z wrażenia, poprosiłem o 5 minut do namysłu. Po godzinie mieliśmy już na mailu e-tickety: Berlin – Bazylea – Reykjavik – Bazylea – Berlin za 390 zł! Po kilku dniach namysłu dołącza do nas para naszych znajomych – Konrad i Gosia – i tak we czwórkę – pełni oczekiwań, żądni przygód ruszamy w kierunku krainy lodu i ognia.

 

Nieprzyjazny Berlin

Do Berlina przyjeżdżamy z Poznania Polskimbusem, dzień przed wylotem do Bazylei i Reykjaviku. Podróż autobusem była niezbyt wygodna, w dodatku toaleta była w takim stanie, że nie wypada o tym nawet pisać, ale kto by tam narzekał – jedziemy za grosze i to w kierunku ,,naszej” Islandii! Stolica Niemiec nie zawiodła mnie tylko dlatego, że nie miałem wobec niej praktycznie żadnych oczekiwań. Ot, trochę kamienic i trochę drapaczy chmur, metro jak każde inne. Właśnie metrem dojechaliśmy ze stacji Berlin ZOB do centrum. W planach był nocleg na lotnisku, więc zabrałem z domu jakąś tanią karimatę, którą planowałem zostawić na Schönefeld. Nie przemyślałem tylko tego, że wchodząc do jakiegokolwiek lokalu (pub/kawiarnia) z torbą podróżną na ramieniu i jaskrawą karimatą pod pachą, mogę nieumyślnie wyznaczyć nowe standardy odbioru uciążliwego turysty za granicą[1]. Za nic nie mogłem tej karimaty nigdzie upchnąć, ani do mojej torby podróżnej, ani do plecaków Judyty, Gosi i Konrada. Byliśmy już w okolicach Bramy Brandenburskiej, a ja miałem wrażenie, że moja karimata budzi większe zainteresowanie mieszkańców Berlina, niż ten XVIII-wieczny monument. Wstyd. W tym momencie wpadłem na pomysł: schowam karimatę w krzaki okolicznego parku, pójdziemy do pubu, a potem wrócimy po karimatę i pojedziemy na lotnisko – jak gdyby nigdy nic. Ukryłem mój artefakt wstydu, po czym wspólnie ruszyliśmy w kierunku wspomnianego symbolu niemieckiej jedności. Wieczór spędzamy na spacerze, zwiedzeniu jarmarku świątecznego i okolic centrum, po czym udajemy się do jakiegoś pubu. Kiedy poczuliśmy się wystarczająco zmęczeni, żeby zasnąć na lotnisku, obraliśmy azymut na Schönefeld. Po drodze na przystanek autobusowy odebrałem moją jaskrawą karimatę – widać nie wzbudzała takich emocji jak wydawało mi się przed Bramą Brandenburską. Przejazd autobusem z centrum trwał ponad 40 minut. Widząc lotnisko, nie myślałem o spaniu, a o dwóch lotach, które dzielą nas od Islandii. Przespaliśmy (całkiem wygodnie) jakieś trzy godziny. Chwilę po 6 rano czekał nas wylot do Bazylei, my lecimy, artefakt wstydu zostaje – tym razem przed lotniskiem. Tam przez kilka godzin, czując się jak seminomadzi koczujemy. To w kawiarni w części francuskiej (o jak drogo), to pod ścianą części szwajcarskiej (miła pani zalała nam gorące kubki wrzątkiem). Wreszcie boarding i cztery godziny lotu do Reykjaviku.

 

IMG_1443

 

W krainie lodu i ognia 

Po długiej i wyczerpującej podróży Islandia wita nas śniegiem. Na lotnisku wypożyczamy zaklepany wcześniej samochód – miał być Hyundai “icoś tam”, ale wszystkie zamki okazały się w nim zamarznięte. Przy kluczyku nie było pilota, więc wróciliśmy do wypożyczalni z naszym koreańskim problemem. Pracownik wypożyczalni poprosił nas o starą umowę, którą podarł, spisaliśmy nową i dostaliśmy. Konrad usłyszał “Skoda Octavia”, ja “Skoda Rapid”, wiecie co dostaliśmy? Macie rację, “Skodę Citygo”. Wypożyczyliśmy wspaniały, kartonowy samochód, który towarzyszył nam przez cała wyprawę.

 

IMG_1821

 

50 kilometrów z Keflaviku, w stolicy Islandii mamy opłacony na airbnb nocleg – śpimy u przesympatycznego Gunnara, którego zaraz po przywitaniu spytaliśmy gdzie możemy szukać zorzy. Poradził, że gdzieś na obszarze Þingvellir i powiedział, że ucieka do swojej dziewczyny, po czym życzył nam miłego wieczoru. A propos, był wieczór, a my od dwóch dni nie widzieliśmy prysznica. Czuliśmy się brudni i zmęczeni, więc… kawa, prysznic i jedziemy szukać zorzy. Całą drogę towarzyszyła nam śnieżyca, a jedyne auta jakie mijaliśmy to SUVy lub terenówki. To nie było zbyt budujące. Jakimś cudem dojeżdżamy do wyznaczonego celu. Popijamy herbatę z termosów, słuchamy islandzkiego radia i po godzinie oczekiwania pojawiła się zorza. Euforia, krzyk i magia. Przenosimy się w inny świat, zostajemy tam możliwie jak najdłużej i podziwiamy. W końcu pora zrobić zdjęcie. Niestety ani kompaktowy aparat Gosi i Konrada, ani moja lustrzanka, którą robiliśmy większość zdjęć nie dały rady z uchwyceniem aurora borealis. Z pomocą przyszedł jedyny w promieniu wzroku człowiek – ,,polujący” w okolicy na zorzę Anglik, który dysponował profesjonalnym sprzętem i po powrocie do domu, przesłał nam swoje zdjęcia. Jest 23:00, z krótką przerwą jesteśmy już drugą dobę na nogach i za godzinę zacznie się trzecia, pierwszy raz pomyślałem o spaniu. Zorza skończyła swój spektakl, a my postanowiliśmy wracać. Niestety droga była jeszcze gorsza. Nigdy do tej pory nie prowadziłem samochodu z prędkością ok. 40 km/h przy ograniczeniu do 90. Witajcie na Islandii.

 

15817898440_c4a59591f8_o

 

15979386266_0a8f29f5bb_o

 

15979383696_1672dff246_o

 

Następnego dnia, plan pojechania za miasto, zobaczenia gejzerów i wodospadów pokrzyżowała nam pogoda, która praktycznie uniemożliwiła prowadzenie naszego ,,kartonwagen”[2] już kilkanaście kilometrów za Reykjavikiem. Byliśmy zmuszeni wrócić do stolicy. Tam polecam przede wszystkim spacer i podziwianie kultury, która bardzo różni się od tej z centralnej czy zachodniej Europy. Jeśli chodzi o miasto, to mnie najbardziej zafascynowała architektura no i dzikość wszechobecnej przyrody… Po zwiedzeniu głównych uliczek miasta, najważniejszych budynków, udaliśmy się na basen, gdzie pod gołym niebem zażywaliśmy kąpieli w gorącej, termalnej wodzie. Na terenie całego obiektu obowiązywał zakaz fotografowania – podyktowany prawdopodobnie zwyczajem poruszania się nago po przebieralniach. Mimo, że na moją prośbę, jeden z pracowników ochrony zgodził się, na pamiątkowe zdjęcie, to ze względu na słabe światło, fotografia nie ma ostrości – szkoda, wokół śnieg, my w wodzie, a w tle termometr – było -7˚C. Po wyjściu z basenu do przebieralni zwracamy uwagę na genialne urządzenie – mini suszarka do bielizny i ręczników. Po 15 sekundach mieliśmy suche kąpielówki i ręczniki, świetna sprawa. Warto jeszcze wspomnieć o najgorszej pracy świata, dużo gorszej np. od kontrolera biletów w starym poznańskim autobusie – jest to pracownik szatni basenu w Reykjaviku. Do jego obowiązków należy doglądanie porządku w szatni pełnej nagich facetów przez 8 godzin dziennie… pozwólcie, że komentarz zostawię Wam.

 

IMG_1561

 

IMG_1587

 

IMG_1623

 

IMG_1658

 

IMG_1710

 

Dzikość przyrody w stu procentach podziwialiśmy dopiero następnego dnia. Wybraliśmy się w kierunku jednego z największych wodospadów w Europie – Gullfoss, z Reykjaviku to około 115 kilometrów. Widoki po drodze były niesamowite. Widząc to wszystko zrozumiałem dlaczego ponad 60% Islandczyków wierzy w Elfy, zresztą zobaczcie sami.

 

IMG_1538

 

IMG_1739

 

IMG_1795 — kopia

 

IMG_1843

 

Przejeżdżając przez wioski liczące jedynie kilka domów, a czasem nawet samotne domy stojące pośrodku niczego, widzieliśmy stada kuców. Puste drogi, góry, doliny, potoki i niebo w kolorach, które do tej pory znałem jedynie z magazynów podróżniczych. Islandia to kraina przygód, które należy odbyć na własną rękę, inaczej zobaczycie prawdopodobnie inną wyspę. Piękną, ale przystosowaną do standardów cywilizacji zachodu. Cywilizacji bezpieczeństwa, sztywnych ram i konsumpcjonizmu, która nie znosi niepewności, inności i dzikości. Gdyby Islandię odwiedził wokalista zespołu Lombard, pewnie zanuciłby swój największy hit – po prostu przeżyj to sam! Ostatni wieczór na Islandii spędzamy na oglądaniu zorzy. Rano pakujemy się w ,,kartonwagen” i wracamy na lotnisko, w zadumie i z lekką melancholią opuszczamy ten mroźny raj.

 

IMG_1921

 

IMG_1727

 

IMG_1735

 

W państwie ciekawostek

Kolejnym, wynikającym bardziej z siatki połączeń linii EasyJet niż chęci odwiedzenia, celem naszej podróży była Bazylea. Jest to niewątpliwie miasto ciekawostek. Z lotniska do centrum miasta pojedziesz drogą, która jest szwajcarska, ale położona na obszarze Francji (coś jak ambasada), za przejechanie autobusem czterech przystanków zapłacisz 8 złotych, za zakupy na śniadanie 120 zł (tyle wydał nasz host na couchsurfingu). Host opowiedział nam więcej ciekawostek, m.in. że bezrobocie w Bazylei wynosi mniej niż 1%, a żeby pozbyć się śmieci należy je umieścić w odpowiednim worku (drogim, w którego cenę wliczony jest koszt wywozu śmieci) i wystawić przed klatkę schodową konkretnego dnia o konkretnej godzinie lub… wywieźć do Francji – co robią tam niektórzy.

 

IMG_2121

 

IMG_2163

 

Wieczorem, dnia którego przylecieliśmy z Reykjaviku, nasz gospodarz zabrał nas na spacer po mieście. Na Jarmarku Bożonarodzeniowym kupujemy coś do jedzenia, oczywiście jak przystało na Szwajcarię było z serem i było drogie. Następnie udajemy się do bazylejskiej wieży targowej. Liczy 31 pięter, a z ostatniego rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama. Pojechaliśmy na górę, gdzie odbywała się zamknięta impreza, która przypomniała mi o moim artefakcie wstydu w postaci karimaty. Teraz było gorzej. Ubrani w sportowe kurtki, z aparatami w ręku, bez krępacji poruszaliśmy się między odzianymi w suknie i smokingi uczestnikami imprezy. Dodam tylko, że w promocji dnia, piwo kosztowało 20 franków szwajcarskich. Gentlemani i damy zręcznie udawali, że nie ma nas w budynku albo, że nasz ubiór nie stanowi żadnego faux pas, bardzo zabawne. Po wyjściu z wieży targowej, rozeszliśmy się. Gosia i Konrad pojechali do Zurychu, ja i Judyta poszliśmy zwiedzać miasto, a nasz host zwinął się gdzieś bez śladu i nie widzieliśmy go do następnego dnia. Bazylea nocą jest czarująca, całe miasto ubrane było w dekoracje Bożonarodzeniowe, po prostu pięknie. Późnym wieczorem lub jak kto woli, wczesną nocą do mieszkania wpuścili nas lokatorzy naszego hosta. Kiedy nieco zmieszany tłumaczyłem, że jestem kolegą Reniara (imię gospodarza) lokator wykazywał taką obojętność, że zasadniczo mógłbym powiedzieć, że jestem okolicznym kloszardem i chyba nie zmieniłoby to naszej sytuacji. Najbardziej luzackie mieszkanie, w jakim byłem, poszliśmy spać.

 

IMG_2167

 

IMG_2221

 

Bazylea zachwyca porządkiem, czystością, kulturą i klimatem, bo ten jest specyficzny i żeby go poczuć warto się tam wybrać.

Przeżyj to sam!

Powrotny lot do Berlina i przejazd Polskimbusem do Poznania mija nam szybko i przyjemnie. Polecam odwiedzić Islandię zimą. Jestem pewien, że za kilka lat tam wrócę, tyle że latem. Wojciech Cejrowski pisał, żeby sprzedać lodówkę i jechać, parafrazując – sprzedajcie swojego Iphone’a – starczy na przeloty, na samochód i na noclegi[3], a cała reszta to kwestia wygody. Można tanio i daleko, a w dodatku w świetnym towarzystwie.

[1] Chyba nieco wyższe od białych skarpetek i sandałów…

[2] lub jak kto woli ,,kartonićka vozidlo” – w końcu to czeski mobil.

[3] Zakładając, że to starszy model. Po sprzedaży nowego możesz, drogi czytelniku, polecieć jeszcze dalej lub odłożyć pieniądze na lokacie.

Koszt na osobę przy czwórce osób:

  • bilety: ok. 410 zł (polskibus + pozostałe bilety EasyJet),
  • nocleg w Reykjaviku: 150 zł (trzy noce),
  • samochód: 100 zł (trzy dni) + 100 zł benzyna,
  • jedzenie: nie liczyłem dokładnie, ale mając do dyspozycji kuchenkę jedliśmy dużo i tanio.

Dla niezainteresowanych czytaniem relacji, a głodnych lakonicznych informacji o Islandii:

– W grudniu słońce wstaje około godziny 11, zachodzi około 16,

– Główne drogi z reguły są przejezdne, jeździliśmy najtańszym dostępnym samochodem (jeśli nie planujecie dzikich wypraw, a macie doświadczenie w prowadzeniu samochodu, to może być to cokolwiek),

– Benzyna kosztowała niecałe 6 zł,

– Tanie zakupy zrobicie w sieci ,,Bonus”, jednak pieczywo jest drogie (od 8 zł za bochenek chleba), a alkohole praktycznie niedostępne.

JEŚLI MASZ OCHOTĘ NA PODOBNĄ WYPRAWĘ WEJDŹ NA STRONĘ:

https://voyagerplanner.com/islandia-zima-w-poszukiwaniu-zorzy-polarnej/

24 myśli na temat “Przez Berlin i Bazyleę do Islandii – w poszukiwaniu zorzy

  1. Hej! Trafiłam tu przez link, który zamieściłeś na f4f. Sama planuję wycieczkę do Islandii, podobnie jak Wy, czyli bez biura podróży 🙂
    Mam tylko drobne techniczne uwagi do tekstu.
    Używasz błędnych związków frazeologicznych np. opięte portfele, w promieniu wzroku (zamiast grube/pękate/wypchane portfele, w zasięgu wzroku). Tu i tam brakuje przecinków, ale to już uwaga dla pedantów 😉
    Myślę, że dużo lepiej by się czytało tekst, gdybyś używał krótszych i bardziej konkretnych zdań. W przeciwieństwie do tekstów t.j. licencjat, w formie reportażowej najlepiej sprawdzają się zdania krótkie, proste, szczegółowe, z konkretnymi opisami. Tylko w ten sposób możesz w reportażu zbudować autentyczną atmosferę.
    Natomiast Ty zbyt często moim zdaniem idziesz na skróty używając ogólników, które niewiele wnoszą do treści, np. wszechobecna dzika przyroda, wspaniała kultura, po prostu pięknie. To wystarczało w szkolnym wypracowaniu. Gdybyś napisał, co konkretnie oznaczają te ogólniki, czytelnikom byłoby dużo łatwiej wczuć się w klimat Twojej podróży. Uważaj na przymiotniki. Pomagają one w “laniu wody”, ale nie zawsze służą konkretnemu, reportażowemu przekazowi.
    Niepotrzebnie też komplikujesz bardzo proste komunikaty np. tu: “Kolejnym, wynikającym bardziej z siatki połączeń linii EasyJet, niż chęci odwiedzenia celem naszej podróży była Bazylea”.
    Pozdrawiam serdecznie. Powodzenia z blogiem!

  2. Świetne relacje, przeczytałam też tą z wyprawy do Rosji:) Również we czwórkę ze znajomymi organizujemy podróże – na razie mniejsze niż duże, ale od czegoś trzeba zacząć! Również zdarza nam się sypiać na lotniskach i jeść dziwne rzeczy, ale chyba w tym cały urok:) Śmiejemy się czasem, że jeśli za kilka lat obudzimy się w Dubaju pijąc szampana i śpiąc w hotelu powyżej 2 gwiazdek to gdzieś popełniliśmy błąd:P

    Rozpisałam się trochę, ale wniosek jest prosty – motywacja do odwiedzenia Islandii bardzo wzrosła!:)

  3. Miałam w głowie Islandię na grudzień ale wymiękłam z uwagi na krótki dzień i zimno, teraz myślę o kwietniu 2017 , ale na zorzę też chcę kiedyś pojechać bo to prawdziwy cud natury i tego jeszcze mi brakuje do podróżniczego szczęścia.

  4. Zawsze chciałam ujrzeć zorzę :/ jest dla mnie taka tajemnicza. Muszę na razie nacieszyć oko zdjęciami ;/ a później, kto wie, może wybiorę się w podróż 😀

    1. Wierz mi, dla chcącego nic trudnego 🙂 Często brak czasu, pieniędzy i ilość obowiązków są wymówkami, ale tak naprawdę, gdybyśmy bardzo tego chcieli możemy osiągnąć swój cel 🙂 Też na początku zaczynałem od wymówek!

  5. Patrząc na zdjęcia i patrząc na kosztorys, to praktycznie jak za darmo 🙂 Ehh już kiedyś prawie tam leciałem, ale znajomi stwierdzili, że w Barcelonie cieplej…

Dodaj komentarz