Po drugiej stronie Bałtyku czyli jeden dzień w Nyköping

Co można zrobić za 150 złotych w wolną sobotę? Można zjeść obiad w restauracji, spłacić jedną z 12 rat za Iphone’a, kupić spodnie albo zatankować pół baku w aucie. Można też… polecieć na jeden dzień do Szwecji. Zapraszam Was na nietypowy wyjazd do klimatycznego miasta Nyköping.

            Budzik. Godzina 4:00. Za oknem ciemno, noc wyraźnie nie zamierza ustąpić miejsca dniowi. Wrześniowy chłód bije zza okna. Czy tak rozpoczyna się Wasza wymarzona sobota? Nasza też nie, ale dziś robimy wyjątek. Za dwie godziny wylatujemy do Szwecji, sen może poczekać.

            Razem z dwójką przyjaciół Robertem i Anią, na wpół nieprzytomni pakujemy się do samochodu i ruszamy w kierunku lotniska im. prezydenta, który był za, a nawet przeciw. To trochę jak z nami. Jesteśmy za wyjazdem, ale przeciw takim nieludzkim godzinom. Dzień powinien zaczynać się przynajmniej po 6:00, ale wtedy już będziemy na pokładzie samolotu WizzAir.

            O 7:20 Airbus A320 ląduje na płycie lotniska Skavsta. Na tle innych europejskich portów ten jest wyjątkowo mały i obsługuje jedynie tanie linie. Pasażerowie lecący do Sztokholmu są mniej-więcej w połowie podróży. Co prawda już w Szwecji, ale do stolicy mają jeszcze 100 kilometrów. My jesteśmy w lepszej sytuacji, Nyköping znajduje się 7 kilometrów od lotniska. Przy wyjściu z portu lotniczego kupujemy bilety na autobus do Nyköping, a po pół godziny jesteśmy u celu.

            Wysiadamy na zajezdni autobusowej i otwieramy zabrane z lotniska mapy. Obieramy azymut na Vattengränd. Jest to najstarsza ulica w mieście, którą zdobią niskie, jednopiętrowe budynki. O tak wczesnej porze nikogo oprócz nas nie ma w pobliżu. Gdzieniegdzie stoją nieprzypięte łańcuchami rowery. Dla mnie to esencja Skandynawii. Nie wiem, czy wiecie, ale kwestia niezamykania drzwi czy pozostawiania niezabezpieczonej własności ma swoje korzenie we wczesnym średniowieczu. Wówczas za kradzież rabunkową (podczas której napadnięta osoba mogła się bronić) groziła wysoka grzywna, natomiast za kradzież pod nieobecność poszkodowanego groziła kara śmierci. Nikt w Nyköping nie boi się zostawiać niezabezpieczonej własności, choć oczywiście dziś potencjalnego rabusia kara śmierci nie spotka.

1

            Z zabytkowej uliczki rzut beretem do zamku (Nyköpingshus). To fortyfikacja z końca XII wieku, wielokrotnie przebudowywana. Oglądamy elementy odnowione w XX wieku. Warto się tam na chwile zatrzymać, ale zdecydowanie lepiej mają mieszkańcy Nyköping, którzy polecą do Gdańska, żeby stamtąd wybrać się do Malborka.

            Udajemy się do portowej części miasta. Oprócz typowo szwedzkiej zabudowy i zacumowanych statków w oczy uderzają nas ceny pobliskich restauracji – za obiad zapłacilibyśmy około 70 złotych. Gdybym zarabiał szwedzką pensję, (około 9 500 zł) nie pożałowałbym, naprawdę! Niestety pozostało mi wyciągnąć z plecaka wczorajszą kanapkę z serkiem. Wyobraziłem sobie, że to szwedzkie klopsiki, które jem w restauracji z widokiem Nyköpingsån. Schodzę na ziemię. Ruszamy do centrum.

2

3

            Główna ulica to w istocie szeroki pasaż handlowo-usługowy. Sklepiki zajmują najniższe kondygnacje przedwojennych kamienic. Wchodzimy do jednego z nich, gdzie kupujemy kilka potrzebnych produktów. Cena 0,5l coli to, w przeliczeniu na polską walutę, 12 złotych. Dziś ograniczę się do wody. Siadamy na jednej z licznych ławek znajdujących się wzdłuż ulicy. Czas płynie powoli i przyjemnie. Czas to pieniądz, przynajmniej tak nam się wydaje, niewielki bukiet kwiatów sprzedawany w jednym z pobliskich kramików kosztuje jakieś 50 złotych. Pora rozprostować kości.

4

            Dobrym miejscem na odpoczynek w nietypowym miejscu jest Fåfängan. To kawiarnia, która znajduje się na terenie czegoś, co nam przypomina polskie ogródki działkowe. Bardzo ekologicznie. W Polsce taki biznes raczej by się nie przyjął, a pomysł prawdopodobnie każdemu wydałby się kuriozalny. Tutaj idealnie wpisuje się w krajobraz Szwecji dbającej o środowisko, wtórne surowce i całą zieloną otoczkę.

5

            Wiecie co bardziej niż zielone, opiekuńcze państwo kojarzy mi się ze Skandynawią? Może to mało oryginalne, ale są to wikingowie. Jestem archeologiem, więc odwiedzając Szwecję, zabytki związane z wikingami to dla mnie absolutny must see. Problem w tym, że w mieście nie ma muzeum, które byłoby poświęcone tej tematyce. Dla chcącego nic trudnego. Na obrzeżach miasta, w dzielnicy Släbro znajdują się petroglify z epoki brązu, a także wczesnośredniowieczne kamienie runiczne. Rysunki naskalne znajdujemy względnie szybko (pół godziny spaceru), ale kamieni runicznych nigdzie nie ma. Judyta i Robert z Anią powoli tracą cierpliwość, więc proszę ich, żeby zaczekali na mnie kilka minut. Wówczas jakieś przeczucie, pognało mnie brzegiem lasu w stronę rzeki. W uszach dźwięczał main theme z Indiany Jonesa, a ja przedzierałem się przez chaszcze. Zacząłem biec z obawy, że znudzeni towarzysze podróży sobie pójdą. W mokrych butach wybiegam na skraj rzeki – są! Dwa kamienie runiczne. Na jednym widnieje napis:

Hamundr, Ulfʀ ræisþu stæin þennsi æftiʀ Hrolf, faður sinn, Øyborg at ver sinn. Þæiʀ attu by Sleðabro, Frøystæinn, Hrolfʀ, þrottaʀ þiagnaʀ;

czyli: Hámundr i Ulfr wznieśli ten kamień ku pamięci Hrólfra, ich ojca; Eybjôrg ku pamięci jej męża. Freysteinn i Hrólfr, ludzie (możni?) siły, władzy, posiadają majątek w Sleðabrú (dzisiejsze Släbro).

            W samej Szwecji znajduje się około 2000 kamieni runicznych, są tak duże i ciężkie, że nikt nawet nie myśli, żeby taką kolekcję przenosić do muzeum. Stoją więc sobie niewzruszone od setek lat i tylko co jakiś czas ich spokój zakłóci jakiś młody Indy Jones. Gwoli ścisłości swoim ”odkryciem” podzieliłem się z resztą grupy.  W drodze powrotnej zaczęła się psuć pogoda, usłyszeliśmy burzę, a może to gniew Thora?

6

7

            Teraz spokojnie wracamy poszwendać się po centrum. Bardzo ciekawa jest ulica, którą dawniej zamieszkiwali kapitanowie statków, to esencja skandynawskiej architektury. W centrum znajduje się jeszcze teatr, mały park i… w zasadzie pora wracać na lotnisko. Powrotny autobus linii 515 i pora na drugi dzisiaj lot. Wieczorem lądujemy w Gdańsku na lotnisku, które ma swoje dodatnie i ujemne plusy. Ujemnym jest odległość od centrum, dodatnim bliskość IKEI, do której wybraliśmy się na klopsiki. Tanio, smacznie i do końca po szwedzku.

          Tym sposobem udało nam się dokładnie zwiedzić niewielkie szwedzkie miasteczko. Nie potrzebny był urlop, ani długie przygotowania. Spontaniczny sposób na spędzenie wolnej soboty. Na wieczorny telefon z pytaniem od znajomego co dziś robiłem, odpowiedziałem: – Byłem w Szwecji – Nie kłamałem.

9

Podsumowanie kosztów:

bilety Gdańsk – Sztokholm Skavsta – Gdańsk: 78 zł

bilety autobusowe z lotniska do Nykoping i z powrotem: 24 zł

jedzenie i pamiątki ze Szwecji: 48 zł

ŁĄCZNIE: 150 zł/os

JEŚLI CHCESZ ODBYĆ PODOBNĄ PODRÓŻ ZAPRASZAM NA STRONĘ: https://voyagerplanner.com/szwecja-nykoping/

2 myśli na temat “Po drugiej stronie Bałtyku czyli jeden dzień w Nyköping

Dodaj komentarz