O czym krzyczy Marrakesz?

Bo przecież nie szumi. To miasto to ciągły tumult, chaos i kakofonia, na którą składa się niekończąca się masa ludzi. Imigranci z Afryki Subsaharyjskiej i Arabowie, turyści i miejscowi, biedni i bogaci. I wszyscy o czymś krzyczą. Z czym zostawiło mnie Czerwone Miasto?


Na lotnisku wita nas orkiestra, czerwony dywan i poczęstunek: daktyle, słodkie wypieki, herbata miętowa z cukrem. Powód, by czuć się jak oficjel jest błahy – pierwszy lot jednego z lowcostów z Warszawy do Marrakeszu. Potem jeszcze odprawa, kolejna pieczątka w paszporcie i taxi do medyny, gdzie Afryka Północna skupia wszystko co ma najlepsze i najgorsze na niewiele ponad 10 kilometrach kwadratowych.

To zadymione starymi motocyklami suki, w których można kupić jedzenie, ubranie, ale też pamiątki czy choćby pójść do golibrody. Przedziwny świat, który dotyka wszystkich zmysłów: gryzący w gardło smród spalin miesza się z zapachem smażonego msmenu, kadzideł i kolorowych przypraw. Rankami po chodnikach płyną nieczystości, stragany są dopiero rozstawiane. Wąskimi ulicami przenoszone są butle gazowe. Osiołki, które batem popędza właściciel, niezgrabnie ciągną wozy z towarami, które za chwilę rozładowywać będą sprzedawcy. Ubogie kobiety sprzedają na ulicy używaną odzież, ktoś wyciąga rękę po jałmużnę, ktoś się kłóci, ktoś żartuje, każdy gdzieś idzie.

Hidżaby, nikaby, burki i czadory u kobiet, galabije oraz czapki typu kufi czy fez u mężczyzn, ale też podrabiane T-shirty, bluzy i jeansy. W tłumie miejscowych wyróżniają się turystki z rozpuszczonymi, jasnymi włosami. – Idź tu, idź tam, kup to, spróbuj tego ­– wołają ci pierwsi. Nawoływanie muezzina do modlitwy zagłusza klakson skutera, który przeciska się między pieszymi. „Bóg jest wielki” zlewa się z zachętami do kupna rzeczy z okolicznych stoisk.

– Palisz haszysz, przyjacielu? – zagaduje po francusku, a potem po angielsku młody chłopak. – Może innym razem – powtarzam te słowa po raz kolejny. Natręt jednak nie odpuszcza – tam nie idź, tam nic nie ma! Czego potrzebujesz? Jak zakupy to tylko w tamtą stronę, są tam Berberowie, a tam, gdzie idziesz jest niebezpiecznie. W końcu udaje mi się go zbyć. Jestem tu turystą, czyli źródłem dochodu. Mogą nazywać mnie przyjacielem tak długo, jak będę zainteresowany ich usługami. Jak stracę ciekawość albo zrozumiem, że znów ktoś próbuje mnie oszukać, nie jestem przyjacielem, ale najeźdźcą z Izraela, co już wykrzykują po arabsku. To miejsce nie lubi turystów, ale ich potrzebuje.

Jego centrum to plac Dżami al-Fana. Kiedyś handlowano tu niewolnikami, dokonywano egzekucji skazańców. Dziś to plac z naganiaczami, sprzedawcami, inwalidami, bezdomnymi i całym tym turystycznym cyrkiem, który w dzieciństwie każdemu wydawał się realnym światem orientu. „Zaklinacze” węży i właściciele małp zarabiający na krzywdzie zwierząt, której nie rozumieją przybysze z Europy. Sprzedaje i kupuje się tu wszystko, od podrabianych polo Lacoste i okularów Ray-Bana, po biżuterię i pamiątki. Idąc w stronę meczetu Koutubia mija się jeszcze konie, które zaprzęgnięto w idiotyczną karocę, przez co wyglądają jak pastisz bajek o księżniczkach. Kilkanaście takich dorożek, kilkadziesiąt koni. Ktoś w to jednak wierzy, ktoś kupuje ten dziwaczny obraz.

W pobliżu wspomnianego meczetu jest jeszcze park, który stał się zagłębiem kloszardów. Utrudniony dostęp do alkoholu nie likwiduje kryzysu bezdomności. Wokół czuć smród uryny, który miesza się z dymem niewielkich grillów, na których smaży się kukurydzę albo mięso. Kup, zjedz, zrób sobie zdjęcie, tylko zapłać i się nie wtrącaj. Przyjacielu.

Potem my turyści wrócimy do domu, gdzie chwalimy się zdjęciami i przygodą jak z książek awanturników z połowy ubiegłego wieku. I będziemy udawać, że orient pachnie pięknie, zapomnimy o biedzie, smrodzie, oszustach, haszyszu i małpach. W relacjach pozostaną tylko urokliwe kadry i wyjątkowa przygoda, której… właściwie nie było. Tak jak romantycznego orientu, który jest prawdziwy tylko w wyobraźni. Świat sprzedaży, wyzysku, oszustw i kiczu jest jednak prawdziwy. Osadzony jest w średniowiecznych murach, klimatycznych uliczkach i zabytkowych kamienicach, których nie da się nie podziwiać. To świat prawie miliona mieszkańców Marrakeszu, który podoba się także mi, choć widzę go chyba inaczej i inaczej rozumiem jego specyficzny urok.

Dodaj komentarz