Peru – paleta barw na andyjskim szlaku

Karuzela emocji i wrażeń. Ocean spokojny i Andy, tropikalne słońce i śnieżny podmuch górskiego wiatru, dżungla betonu i dżungla gęstej roślinności, w kraju Indian,  Metysów i piłki nożnej. Przeżyj z nami wspaniałą przygodę poznając smak, zapach i kulturę Peru.

 

Bienvenidos a Lima

Pamiętaj, zawsze dokładnie zaszeleść banknotem, szczególnie jak masz 50 soles. Pozginaj go w rękach, posłuchaj jak szeleści i koniecznie powąchaj. Na rynek Peru, wprowadzono ogromne ilości fałszywych pieniędzy. Nie krępuj się, tylko wąchaj i szeleść, jeśli nie chcesz zostać z fałszywką – radzi mi Jorge, właściciel hostelu, w którym się zatrzymaliśmy – Ja zawsze tak robię  – roześmiał się głośno. Cholera, nawet moja obsługa banku tak robi! I nikt się za to nie obraża. A poza tym, jesteście na Miraflores, więc jest tu całkiem bezpiecznie, chociaż… To Ameryka Południowa. Wszystko się może zdarzyć. Powodzenia.

Pokój jest przyzwoity. Nieduży, ale ma wygodne łóżko, niezłą cenę i świetne położenie. Najważniejsza jest jednak ciepła woda pod prysznicem. W Peru nie jest to wcale takie oczywiste, więc z ulgą przyjmuję informację, że czeka mnie ciepły prysznic. Pierwszy od 24 godzin kiedy jesteśmy w podróży. Lot z Amsterdamu do Ciudad de Mexico trwał 11 godzin. Na lotnisku 5 godzin oczekiwania i kolejny, 7 godzinny lot do Limy.

Prysznic potrafi zdziałać cuda. Za godzinę spotkamy się z mieszkającym w Limie od urodzenia Juanem Julio, który obiecał oprowadzić nas po Miraflores – jednej z bogatszych dzielnic Limy, pełnej kawiarni, restauracji i parków. JJ, bo tak każe nam na siebie mówić ma niespełna 50 lat. Jest prawnikiem, ale bardziej od garnituru i teczki woli softshell i plecak. Jest podróżnikiem, więc wspólny temat do rozmów znajduje się sam. Zatrzymujemy się na klifie spoglądając na Ocean Spokojny. Na dole widać małe czarne kropki. – To surferzy, czują się tu jak w raju. Wysokie i bardzo długie fale, niezłe ceny, tylko woda jest dość zimna – tłumaczy nam JJ.

-Miraflores skąpane w słońcu to piękny, ale chyba mało powszechny widok w Limie – zagaduję gapiąc się na zachodzącą gwiazdę centralną.
-Pewnie słyszałeś o zjawisku, które nazywamy tutaj garua. To taka gęsta, szara mgła. Nie ma z niej porządnego deszczu, ale potrafi nas pozbawić słońca nawet na 3 miesiące. Wyobrażasz to sobie?
-Nie za bardzo. Lubisz tu mieszkać?
-Nie lubię Limy, ale tu jest wszystko.
-Dobre jedzenie też?
-Lubicie kurczaki?

Dwa razy pytać nie trzeba. Tak po raz pierwszy w życiu próbujemy Pollo a la Brasa. Niby to tylko kurczak z frytkami, ale tutaj smakuje wyjątkowo. Podawany z sałatką i zestawem pysznych sosów. Do picia zamawiamy chicha morada. To bardzo słodki, mocno schłodzony napój z ciemnej kukurydzy. Trudno porównać go do produktów znanych z polskich półek, ale warto zaryzykować i zamówić przynajmniej jedną szklankę. W ostatnich latach peruwiańska kuchnia przeżywa prawdziwy boom. Najlepiej widać to w organizowanym co roku w Limie festiwalu jedzenia Mistura. Impreza zyskała miano największej w całej Ameryce Łacińskiej i szacunki wcale nie są przesadzone – w ciągu tygodnia potrafi przyciągnąć kilkaset tysięcy gości. Kto nie skusiłby się na ceviche, arroz con pollo, rocoto relleno czy chifę (lokalna wariacja kuchni chińskiej), które zawsze można popić schłodzoną Inca Kolą lub Pisco.

W trakcie rozmowy o peruwiańskiej kuchni JJ proponuje nam wyjście na piwo, ale niestety dopada nas owiany złą sławą Jet Lag. Doba trwa już zdecydowanie zbyt długo. Nie chowając urazy odprowadza nas pod nasz hostel, wymieniamy ostatnie refleksje, zostawiamy naszemu przyjacielowi kilka drobiazgów z Polski i żegnamy się. Jutro czeka nas zwiedzanie Limy i wieczorny lot do Arequipa.

Wstajemy wcześnie rano. Chcemy jeszcze raz przejść się po Miraflores i zobaczyć niesamowite Barranco. Miraflores serwuje turystom nieco zafałszowany obraz Limy. 10 milionowa metropolia ma przecież różne twarze, nie wszystkie się uśmiechają do turystów jak Miraflores. Mam wrażenie, że ten uśmiech coś skrywa. Zieleń parków, majestat palm, urokliwość nadmorskich alejek – to wszystko jest swego rodzaju maską, ukrywającą problemy takie jak bieda czy niski poziom bezpieczeństwa. Problemy innych dzielnic, mimo że zakamuflowane, widoczne są już tutaj. Budynki otoczone podpiętym do prądu drutem kolczastym przypominają o tym, że tu nigdy nie można czuć się w pełni bezpiecznie. Tylko w Limie ponad 40% mieszkańców powyżej 15 roku życia padło ofiarą jakiegoś przestępstwa. Statystyki otwierają oczy na rzeczywistość. Nie jest tak cukierkowa, przynajmniej nie wszędzie.

Miraflores zachwyca nie tylko klifem i kolorowymi parkami czy szumem oceanu. Można tu znaleźć liczne kolonialne budynki, piękny Parque Kennedy ze znajdującym się w jego sercu Iglesia Virgen Milagrosa, a nawet prawdziwe zabytki jak piramida Huaca Pucllana z III wieku. Z Miraflores warto wybrać się do dzielnicy Barranco. Uchodzi ona za prawdziwą, romantyczną perełkę, która skupia lokalną bohemę. Nad brzegiem Oceanu rozpościera się cudowny widok na Costa Verde, natomiast idąc trochę w górę mamy możliwość westchnięcia na moście zwanym Puente de los Suspiros, z którego trafiamy do Parque de la Cruz.
Słońce sprawia, że moja skóra niedługo nie będzie różnić się kolorem od miejscowych. Kremy z filtrem niewiele tu pomagają, szukamy trochę cienia. Chwila odpoczynku w restauracji. Łapiemy lokalny autobus na lotnisko, za dwie godziny lecimy do Arequipa.

Jak spędziliśmy noc w Sheratonie…

Lotnisko w Limie to prawdziwy kolos, ale łatwo się tu odnaleźć. Problemem może być język – jeśli oczekujesz biegłej znajomości angielskiego wśród załogi to możesz się gorzko rozczarować. Na pół godziny przed lotem w zachowaniu obsługi można było wyczuć nerwowość, 15 minut przed lotem zaczęli denerwować się znudzeni pasażerowie, a 10 minut po planowym starcie steward linii Viva Air Peru nerwowo i z rezygnacją gestykuluje do obsługi lotniska, po czym na ekranie naszego lotu pojawia się napis „Cancelled”. Samolot jest niesprawny. A więc wreszcie padło na nas. Odwołano nasz lot, czyli przepada też wycieczka do Kanionu Colca i zwiedzanie pięknej Arequipy. Co z nami będzie?

Obsługa próbuje uspokoić zdenerwowany tłum. Słychać wyzwiska, prośby, groźby – różnych sposobów perswazji próbują peruwiańscy pasażerowie. Ustawiamy się w kolejce, bo tak poprosił personel, który kilka minut temu przestał panować nad całą sytuacją. Przy naszej bramce pojawia się policja, a my cierpliwie czekamy. W całym zamieszaniu poznajemy Pawła, jedynego Polaka, który miał znaleźć się z nami na pokładzie feralnego samolotu. Nic tak nie sprzyja zawiązaniu znajomości jak wspólne nieszczęście. Paweł jest w o tyle lepszej sytuacji, że w Peru spędzi kilka dni więcej, więc plany mu się nie sypią. Aktualne w kolejce plotki mówią, że możliwy będzie rejs jutro rano, a wszyscy pasażerowie zostaną ulokowani w hotelu. W głowie rodzi nam się plan: skoro lecimy tą samą linią dwa dni później do Cusco, to spróbujmy przełożyć loty tak, żeby jutro wylecieć bezpośrednio do Cusco, półtora dnia w Arequipa nie ma większego sensu. Przedstawiam mój pomysł pracownikom Viva Air Peru, po czym sprawa nabiera tempa. Oni przekazują to swoim przełożonym, tamci kolejnym. Nie wiem czy konsultowano ten problem również z głównym CEO czy właścicielem, ale po pół godziny udało się ustalić

 -Możecie lecieć jutro o 15:00. Zaraz zawieziemy was taksówkami do hotelu – oznajmia Andre, niewysoki brunet, który jako jedyny z całej obsługi mówi po angielsku.

Co prawda taksówka okazała się być autobusem, ale hotel już nas nie zawiódł. Pięciogwiazdkowy Sheraton. 16 piętro z widokiem na centrum Limy. Kwintesencja luksusu. Wielkie łóżko, cudowna łazienka, ale… wciąż mamy mieszane uczucia. Hiszpańskojęzyczna obsługa linii lotniczych zdawała się nas rozumieć w takim stopniu jak my ich. Czy nasz lot do Cusco na pewno został poprawnie przełożony? Czy nie pojawią się ukryte koszty? I wciąż szkoda nam Arequipy, której już pewnie nigdy nie zobaczymy. Sen przychodzi szybko.

Rano w recepcji hotelu dowiaduję się, że wszyscy pasażerowie naszego lotu mają zapewniony transport na lotnisko. Sęk w tym, że ich odlot jest po 8 rano, a nasz po 15. Dzwonię z recepcji do menadżerów linii, tłumaczę sytuację i… rozmówca odkłada słuchawkę.

-Pewnie zerwało nam połączenie – mówię do recepcjonisty, prosząc, żeby jeszcze raz wybrał ten sam numer. Znów produkuję się do słuchawki i znów po kilku zdaniach słyszę charakterystyczne bip bip bip. Szczyt bezczelności. Obsługa hotelu wykazała więcej empatii i zainteresowania niż ta nieszczęsna linia lotnicza. Trudno.

Życie pisze dziwne scenariusze. Rano na śniadanie w Sheratonie jemy pieczoną rybę, naleśniki z syropem klonowym i ananasa, popijając to gorącą kawą i świeżym sokiem pomarańczowym, by opuszczając hotel ukłonić się otwierającemu nam drzwi odźwiernemu i zamiast proponowanej taksówki, złapać miejski autobus na lotnisko – w końcu to oszczędność 50 złotych.

Klucząc po Limie

Ale przed opuszczeniem Limy mamy jeszcze kilka godzin, żeby zwiedzić tzw. Centro Historico, ze słynnym Plaza de Armaz. Piękne, drewniane balkony kolonialnych kamienic to wizytówka tej części miasta. Plac robi wrażenie, jednak wcześnie rano jest tu trochę pusto. W oddali widać górę, na której powstała dzielnica nędzy – Rimac. Idziemy deptakiem w tym kierunku, na końcu ulicy znajduje się piękny kościół, jednak wpół drogi ze sklepu wychodzi zatroskany sprzedawca z posępną miną i każe nam zawracać. To nie jest dobre miejsce dla białych turystów, straszyły przewodniki, potwierdzają to miejscowi. Wolimy nie kusić losu i zawracamy. Kierując się na główny plac – San Martin. W okolicy widać dużo policji, część ulic jest zamknięta. Pewnie prezydent Pedro Pablo Kuczynski będzie miał dziś gości, w końcu w sercu historycznego centrum znajduje się Palacio de Gobierno, czyli siedziba głowy państwa. Siadamy na ławce, żeby chwilę odpocząć.

-Hola – podbiega do mnie 13-14 letni chłopiec wyciągając rękę, trochę zuchwale a zarazem trochę niepewnie. Jego koledzy tłoczą się za nim patrząc co się stanie.
-Hola, que tal? (Cześć co słychać?) – odpowiadam młodemu i słyszę śmiech i ekscytacje.
-Widzicie, przywitałem się z Gringo- to powiedział już zwrócony do swoich kolegów. Pewnie dzieciaki założyły się, że nie podejdzie do mnie. Grupa robi się coraz większa. Po chwili widać też dziewczynki, a także mężczyzn i kobiety. To wycieczka szkolna z północnego Peru. Po raz pierwszy odwiedzają stolicę i jeszcze nigdy nie widzieli Gringos.
-Skąd jesteście? Z Polski? A to w Europie? Tam jest zimno? – pytają jeden przez drugiego – a dlaczego przylecieliście właśnie do Peru? Ile kosztował Twój aparat? – Maria, nie wypada pytać o takie rzeczy– strofuje swoją uczennicę młoda pedagożka  -Lubicie piłkę nożną? – Co myślicie o Peru? A czy podoba wam się tutaj?
-Yo tengo Peru en mi corazon (mam Peru w sercu) – odpowiadam z nadzieją, że zrozumieją o co mi chodzi i nikogo nie obrażę. Reakcja na to okazuje się bezcenna – cała grupa dzieciaków robi głośne „ooo”, takie jak robi się na widok małych, słodkich zwierzątek.

Trochę tak się czuję. Jak zwierzątko, które jest wielką atrakcją albo jak celebryta. Po minucie wszyscy chcą robić sobie z nami zdjęcia. O ile dzieciaki specjalnie mnie nie dziwią, to pozują z nami także ich opiekunowie i nauczyciele. Totalny kosmos. Żałuję, że nie zabraliśmy ze sobą żadnych suwenirów, mieliby fajną pamiątkę. Mam nadzieję, że pilnie się uczą. W Peru ponad 10% populacji nie potrafi czytać i pisać. Oby mieli dobrą przyszłość. Na nas pora. Kilka dziewczynek całuje nas w poliki w ramach podziękowania za wspólne zdjęcie, szczere, sympatyczne dzieci. Żegnamy się i ruszamy po bagaż do hotelu, a potem złapać wcześniej wspomniany transport na lotnisko.

Temat komunikacji miejskiej w Peru mógłby posłużyć za wątek zapełniający całkiem pokaźny artykuł. Nie wchodząc jednak w zbędne szczegóły wytłumaczę jak to działa. Otóż na przystankach nie ma rozkładów jazdy, automatów z biletami, ani informacji o numerze autobusu czy trasie jaką pokona. Jak więc się odnaleźć? Z pomocą przychodzi krzykacz-bileter. To człowiek, którego praca polega na wyskakiwaniu z autobusu i wykrzykiwaniu dzielnic, w które jedzie kierowca np.:
La Marina, La Marina, Aeropuerto, La Marina… – melodyjnie wystrzelone z prędkością karabinu.
Czasem trudno się w tym połapać, wtedy warto dopytać o swoją dzielnicę, a następnie można wygodnie usiąść lub… stanąć i czekać aż ten sam jegomość podejdzie po pieniądze. W ten sposób możesz nie tylko zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych na jednym kursie, ale także zobaczyć Peru oczami miejscowych. Posłuchać ciągłego trąbienia, ustąpić miejsca starszej pani, która serdecznie za to podziękuje czy pogadać z bileterem-krzykaczem na temat Twojego pochodzenia czy podróży. Czy w autobusach bywa niebezpiecznie? Cóż, warto uważać na kieszonkowców, jednak myślę, że przewodniki i miejskie legendy mocno demonizują ten środek transportu. Oczywiście temat ten wałkowany będzie przez każdego kto miał jakieś przygody i według tego wyda swój osąd: jest bezpiecznie lub jest niebezpiecznie. Oczywiście, to Ameryka Południowa i różne rzeczy mogą się wydarzyć, ale zachowując zdrowy rozsądek powinniśmy wrócić cali i zdrowi. Jedyny minus tego środka transportu to czas przejazdu – bywa, że jedzie się na około, co dla niektórych może być stratą czasu.

Cusco – w stolicy Inków

Konstytucja Peru mówi o dwóch stolicach. Tą najważniejszą, administracyjną jest Lima, jednak Cusco funkcjonuje jako „historyczna stolica Peru”. Ale to nie ustawa zasadnicza stanowi o wyjątkowości tego miasta. Położone na wysokości około 3400 m. n.p.m. zadziwia klimatem, naturą, architekturą i historią. Po przylocie łapiemy taksówkę do hostelu.

Kierowcy taksówek w Peru to gawędziarze. Rozmawiamy o Polsce.

-Karol Wojtyła? – kierowca spogląda w lusterko, upewniając się, że jego wymowa jest poprawna
-Nasz papież.
-Tak. Był u nas. Dwa razy. W 1985 i 1988 roku.
-Skąd jesteście? Warszawa?
-Nie, północ Polski, Gdańsk.
-Damsk?
-To duże miasto nad morzem, słynie z powstania antykomunistycznego ruchu Solidarność. Może słyszał pan o Lechu Wałęsie?
-Solidamno, tak! Independencia! Oglądacie piłkę nożną?
-Od wczoraj Peru jest na mundialu, tak jak Polska, mam rację?
-Tak! Wygraliśmy z Nową Zelandią.
-Zna pan polskich piłkarzy?
-Robert Lewandowski, Bayern Munchen. – odpowiada po chwili namysłu. Dziś w Peru piłka nożna jest tematem numer pierwszych stron wszystkich gazet.

 

Nasza kwatera jest tania i ma piękny widok z okna na panoramę miasta. Minusy? Łazienka z toaletą mają niepełne zadaszenie i znajdują się „pod chmurką”, co sprowadza się do dygotania z zimna po wieczornym prysznicu.
W pokoju zostawiamy plecaki i pieszo udajemy się do Plaza de Armas, głównego placu w historycznej części Cusco. Wokół placu znajdują się liczne biura podróży, sklepiki, kawiarnie i restauracje. Wybieramy się do jednej z nich. Gorący piec, kilku miejscowych, przyjemna muzyka – wydaje się, że to dobre miejsce. Chociaż czujemy się dobrze, z ciekawości zamawiamy mate do coca – napar z liści koki pomagający niwelować objawy choroby wysokościowej. Danie główne na dziś? Rocoto relleno. Wyśmienite papryczki faszerowane mięsem, podawane z sosem i ziemniakami. Po obiedzie czas na spacer do hostelu, zamierzamy się dobrze wyspać.

Dopada mnie silny, kłujący ból pod żebrami. Pewnie kolka lub coś podobnego. W każdym razie zwalniam, a z naprzeciwka zbliża się do mnie dwóch zakapiorów. Im bardziej schodzę w stronę ściany budynku, tym bardziej oni zmierzają w moją stronę. – Czyżbym właśnie miał pożegnać się z telefonem lub portfelem? – pomyślałem, po czym intruzi dosłownie zachodzą mi drogę, a jeden z nich nachyla się do mnie nieprzyjemnie blisko szepcząc z odległości centymetra od mojego ucha:

-Quieres comprar cocaina?
-No quiero, gracias – odpowiadam, po czym nie zważając na ból przyspieszam kroku.

Serce bije mocno. Cholera! Ktoś właśnie próbował mi sprzedać kokainę. Temat jest tutaj strasznie śliski i bardzo niebezpieczny. Powszechnie kartele narkotykowe kojarzą się z produkcjami Hollywood czy serialem Narcos, czymś bardzo odległym, a tu nagle ktoś, kto mógł być z nimi w jakiś sposób powiązany proponował mi zakup kokainy. Co by się stało gdybym na propozycję odpowiedział twierdząco? W najlepszym wypadku popełniłbym przestępstwo i wydał pieniądze na tzw. białą śmierć. Mógłbym także paść ofiarą prowokacji i trafić do aresztu, a nawet do więzienia. Za przemyt narkotyków grozi tu co najmniej 6 lat i osiem miesięcy bezwzględnego więzienia. Kokaina to zło, ale… koka to zupełnie inny temat. Liście stanowią naturalny i cenny lek, źródło energii, są dla autochtonów bardzo ważnym elementem kultury i tożsamości. Kokę znajdziemy w schłodzonych napojach, cukierkach, można ją żuć albo pić a jej związek z kokainą jest mniej więcej taki jak maku z opium.

Docieramy do hostelu. Prysznic, cztery koce i sen. Pobudka nadchodzi nieoczekiwanie i głośno. Tory kolejowe znajdują się 10 metrów od naszego pokoju, a każdy przejeżdżający pociąg głośno i długo sygnalizuje swoją obecność. Trudno. Dzień zaczynamy od kawy w centrum. Potem przez Plaza de Armas trafiamy na taras widokowy. Ja siadam na ławce, Judyta wchodzi do sklepu, a tuż obok bawią się dzieci. Sielanka.
-Mieszkacie w pięknym mieście – zagaduję
-Dzięki, wiemy – odpowiadają.
Z tarasu już tylko pół godziny dzieli nas od wzgórza, na którym znajduje się Cristo Blanco, jednak wspinaczka schodami w górę ciągnie się w nieskończoność. Spacer na wysokości powyżej 3400 metrów różni się od tego, który znamy z parków Limy.

Zdyszani docieramy na szczyt. Przed nami piękny widok na całe miasto, po prawej stronie pomnik Chrystusa, a po lewej… Lamy. W drodze powrotnej łapiemy autobus i znów spacerujemy wśród pięknych ulic historycznej stolicy Peru. Nie tylko architektura i klimat, ale także moda różnią się w stosunku do Limy. Na ulicach widać kobiety w tradycyjnych strojach, których obecność nie jest szopką spreparowaną dla żądnych atrakcji turystów. Zwiedzaniu miasta nie byłoby końca, ale jutro rano wcześnie wstajemy. Czeka nas wyprawa na Vinicunca – znana także jako Montaña de Colores (kolorowa góra), położona na wysokości ponad 5000 metrów.

Vinicunca – czyli muszę coś udowodnić.

-Jedziesz sam, ja nie dam rady, chyba mam soroche  – oznajmia o 4:30 rano Judyta
-Nie żartuj, zostanę z Tobą. Może i choroba wysokościowa to nie koniec świata, ale lepiej, żeby ktoś się Tobą zaopiekował
-Jedź, tylko wróć z ładnymi zdjęciami.

Jadę. Wbrew sobie. Jedyny gringo w całym minibusie. Jedyny, który tak okrutnie kaleczy hiszpański. Kilka godzin jazdy z Cusco i docieramy do gospody, w której zjemy śniadanie. Duży budynek, wewnątrz którego rozstawiono stoły z talerzami. Omlet, kawa i kanapka z marmoladą. Rozglądam się za wolnym miejscem.
-Przepraszam, wolne?
-Jasne, siadaj. – odpowiada mi Carlos, po czym zajmuję miejsce obok młodego peruwiańskiego małżeństwa. Rozmawiamy o pogodzie i piłce nożnej, potem o Peru i Polsce. Pokazujemy sobie zdjęcia bliskich jedząc byle jaką kanapkę z margaryną i marmoladą. Po śniadaniu kierujemy się na parking i jeszcze przez 15 minut jedziemy minibusem. Wysiadamy przy bramie z napisem Vinicunca.
-Okay chicos, listen chicas. We are group Inti, it means „Sun” in Quechua.
Idziemy. Przed nami 5 kilometrów marszu pod górę na szczyt. Jako jedyny nie mam z kim pogadać. Śnieg pada mi na okulary, roztapia się na kurtce. Jest nieprzyjemnie.
-Skąd jesteś – zagaduje do mnie młoda dziewczyna
-Z Polski – odpowiadam, uśmiechając się bez pewności czy wie gdzie to jest.

Na szczęście po chwili rozmawiam już nie tylko z jedną dziewczyną, a całą grupą, jak się okazuje młodych studentów z północnego Peru. Jako, że wejście na górę idzie nam opornie, tematów do rozmów nie brakuje. Temperatura, pogoda, język, studia, zainteresowania. Trochę po angielsku, trochę po hiszpańsku i rozmowa klei się bardzo przyjemnie. Robimy pamiątkowe selfie na 3 kilometrze marszu.

Mijam już 4 kilometr. Zaczynają się problemy. Część grupy wsiada na konie, które za opłatą zawiozą na szczyt. Zmęczony to eufemizm. Jestem wyczerpany. Nabieram w płuca powietrza, a męczę się tak jakbym wstrzymywał oddech. Boli mnie głowa, mam nudności. Lekko słaniam się na nogach. Po drodze na szczyt mijam kilka osób, które siedzą z głowami spuszczonymi między nogi. Oho, ich też dopadło. Soroche, jak nazywają tu chorobę wysokościową.

Kilometr temu wypiłem jedną mate de coca – kupioną za 2 sole z indiańskiego termosu- lecz niestety jej działanie trwało może z 15 minut. Krok za krokiem. Mijam tablicę. 5009 metrów, próbuję nabrać powietrza. Wreszcie jest szczyt. Ale ze mną coraz gorzej. Widok piękny, lecz głowa boli okrutnie. Widzę kolejnego indiańskiego sprzedawcę mate de coca. Tym razem płacę 4 sole. Kapitalizm najwidoczniej nie zna granic. Trochę mi lepiej. Wchodzę wyżej licząc na lepszy widok. Oto  i on. Mimo okropnej pogody, góry są bardzo kolorowe.

Vinicunca

Nabieram dużej pokory do osób, które radzą sobie z prawdziwym trekkingiem, tym bardziej ze wspinaczką górską. Ja ledwo dałem sobie radę z prostym szlakiem. Przede mną zejście na dół. Wraca choroba wysokościowa. Głowa znowu boli, wracają nudności. Otwieram drzwi naszego minibusa. W środku siedzi już większość peruwiańskiej ekipy. Jakim cudem wyrobili się przede mną? Przecież zacząłem wracać jako jeden z pierwszych, prawie zbiegając z góry!

-Señor, pokażesz zdjęcia ze szczytu? – pyta mnie poznany wcześniej Peruwiańczyk. Widać, że jego żona cierpi na to samo co ja. Domyślam się, że nie dotarli na szczyt.
-Jasne – pokazuje mu zdjęcia, powstrzymując się przed wymiotami. –Pięknie, ale zimno i męcząco.

Mój kompan tylko pokiwał głową i uśmiechnął się porozumiewawczo. Chyba naprawdę miał ochotę wejść na szczyt, ale zdecydował się otoczyć opieką żonę. Bardzo mi się to podoba. Prawdziwy facet.
Pół godziny od powrotu busik odpala i po kwadransie dojeżdżamy do gospody, w której czeka na nas obiad. Nakładam sobie porcję, ale na widok jedzenia wcale mi się nie poprawia. Zwracam się do przewodnika, mając w pamięci informację, że na wyposażeniu ma maski z tlenem.

-Mam różne leki, ale wolę ich nie podawać, bo nie jestem lekarzem. Każdy ma inne uczulenia, może inaczej zareagować. Spójrz, to jest nasza medycyna naturalna – bałem się, że zamiast dać mi skuteczne lekarstwo odprawi nade mną inkaski rytuał myśląc, że turysta się zaciekawi – w tej butelce jest taki specyfik. Wyleję ci odrobinę na ręce – kontynuował niezrażony moją nieprzekonaną miną.
-Ma ostry, intensywny zapach. Inhaluj się nim głęboko przez minutę.
-No dobra… – odparłem zrezygnowany, myśląc, że zawsze mogło być gorzej i może jednak to zadziała
-Pomoże ci, zobaczysz.

Już drugi oddech przynosi ulgę. Nudności ustępują, a ból głowy słabnie. Przed nami wprawdzie 5 godzin powrotu do Cusco, ale to dobra prognoza. Po trzech godzinach dolegliwości wracają. Nie tylko ja cierpię. Para Peruwiańczyków też wygląda na wyczerpanych. Nagle czuję poklepywanie mojego ramienia.

-Trzymaj. Posmaruj sobie na czole i skroniach, pomoże na ból głowy – zajmująca miejsce za mną kobieta podsuwa mi jakąś maść.
-Gracias – mówię i po chwili żałuję, że skorzystałem. Co prawda ból faktycznie się zmniejsza, ale zapomniałem o tym, że całą twarz mam czerwoną od oparzeń słonecznych. Szczypie. Nie wiem czy uśmiech w ramach podziękowań za maść nie przypominał bardziej grymasu bólu. Zasypiam.

Budzę się w Cusco. Samopoczucie bez zmian. Kierowca wysadził nas na Plaza de Armaz. Czyli czeka mnie jeszcze 15 minut spaceru. Tylko, w którą stronę? Słyszę sygnał telefonu w prawej kieszeni spodni.

-Gdzie jesteś? Denerwuję się – to SMS od Judyty
-Zaraz będę – odpisałem, zastanawiając się którędy do hostelu.

Po dwudziestu minutach trafiam. Jestem głodny, brudny, boli mnie głowa. Gripex i 10 minut odpoczynku.  Przed nami dopięcie formalności w związku z przejazdem do Machu Picchu. Musimy kupić bilet do Hidroelectrica, po drodze korzystam z usług pucybuta. Moje czarne, skórzane buty po przeprawie na Vinicunca wyglądały na szarobrązowe. Na szczęście czyściciel butów zna się na swoim fachu doskonale. Jego praca jest dobra, tania, potrzebna i darzona szacunkiem. Siadam na wygodnym siedzeniu, chwytam lokalną gazetę i z przerażeniem przyjmuję dział z ogłoszeniami – niemal wszystkie dotyczą sprzedaży własnego ciała, bardzo młodych dziewczyn, promujących się jako czyste i seksowne. Przygnębiające. Płacę 2 sole pucybutowi, o sola więcej niż miejscowi, ale to chyba uczciwe. Ruszamy do biura podróży kupić bilety. Jutro zaczynamy nowy rozdział.

Machu Picchu – budżetowo.

Peru

Machu Picchu. Jeden z 7 nowych cudów świata. Można tam dotrzeć na dwa sposoby. Komfortowo lub tanio. Pierwsza opcja kosztuje około 1100 złotych i zakłada wygodny przejazd koleją z Cusco do Aguas Calientes, skąd autokar zawiezie nas pod same ruiny. My wybraliśmy drugą.

O 8 rano wyjeżdżamy minibusem z Cusco do Hidroelectrica. Droga biegnie przez wysokie, górskie serpentyny, by w ostatniej fazie poprowadzić nas stromą, szutrową drogą, wokół której rosną cytrusy i bananowce. Podróż uwzględnia jedną, dłuższą przerwę i po około 6 godzinach docieramy na miejsce. Kierowca informuje, że w drodze powrotnej ktoś odbierze nas sto metrów dalej, za bramą. Najpierw trzeba podejść z paszportem i zarejestrować się w budce policyjnej. Potem zostaje już tylko 11 kilometrów marszu wzdłuż torów kolejowych. Oczywiście można ten odcinek pokonać pociągiem. Cena 120 złotych. Decydujemy się jednak na marsz.

Droga wzdłuż torów

Pociąg w dżungli

Tory

Przyroda jest typowo tropikalna. Mimo, że jesteśmy w górach i zaledwie parę kilometrów od najbliższego miasteczka czujemy się jak w środku równikowego lasu. Za każdym razem kiedy zbliża się pociąg uciekamy z torów, a po kilku kilometrach marszu zaczynamy zazdrościć tym, którzy nie pożałowali grosza i siedzą sobie w wygodnym fotelu, obserwując przyrodę przez okno. Na 7 kilometrze dopada nas tropikalna ulewa. Już prawie jesteśmy na miejscu. Po dojściu do hotelu mam ochotę zrezygnować z jutrzejszego wejścia na Machu Picchu. Jestem przemoczony, nie mam ubrań na zmianę, w dodatku nie potrafię dogadać się z obsługą hotelu.

-Proszę o to nasza rezerwacja, czy może pani spojrzeć czy dotarliśmy do właściwego hotelu? U was jest Danny House III, mamy rezerwację w Danny House I, sam już nie wiem, nawet ulica też miała się nazywać inaczej.
-Na którą chcą państwo śniadanie? – słyszę w odpowiedzi
-Rano, najlepiej na 3:45. Może nam pani zostawić przed drzwiami pokoju, ale czy rezerwacja gra?
-Tak,  señor, może pan zapłacić później, nie ma problemu.
-Wolałbym najpierw potwierdzić numer rezerwacji, o tu – pokazuję palcem na wydruk ze strony booking.com – tu jest nazwisko, na które zrobiliśmy rezerwację
-Dobrze, o to pana klucze, pokój 311, trzecie piętro.

Poddaję się. Nie znam hiszpańskiego. W ogóle. Te wszystkie wcześniejsze rozmowy to musiało być urojenie. Ta pani mnie nie rozumie. Nie zna też angielskiego. Jestem zbyt mokry, żeby bardziej dociekać. Pokój jest ładny i duży. Podobnie jak łazienka. Niestety nic nie działa. Ubikacja jest zapchana, a z prysznica leci zimna woda. Trudno, jednak trzeba zejść na dół i wytłumaczyć swoją sytuację.

-Nie działa kibel. Woda jest zimna. I w ogóle to chyba jednak chciałbym zapłacić – uznałem, że jeśli cena się będzie zgadzać, to znaczy, że trafiliśmy do dobrego hotelu.
-Zaraz naprawię toaletę – odpowiada pracownik złota rączka
-Zaraz zadzwonię i się dowiem – dopowiada recepcjonistka. Chyba jednak się dogadamy.
-Nie ma różnicy, w którym hotelu pan się pojawi. Cena za pokój to 25 dolarów.
-Ok, ile to będzie w solach?
-Camila, ile soli to będzie 25 dolarów? – krzyczy do koleżanki biegającej po korytarzu z mopem.
-To będzie jakieś 81 soli  – wtrąca się stojący obok mnie Wenezuelczyk. Wydziarany od stóp do głów wyciąga telefon i pokazuje liczbę, którą podał mu przelicznik google.
-już patrzę – na stanowisku pojawiła się Camila, która oparła mopa o ścianę. – To będzie 82 sole.

Po opłaceniu noclegu idziemy na obiadokolację. Chifa – połączenie kuchni chińskiej i peruwiańskiej – to dobry wybór na dziś. Emocje opadają. Pojawia się zmęczenie, ale brzuchy są pełne. Jutro musimy wstać o 3:40 rano. Pora spać.

Budzik zadzwonił dokładnie w tej chwili kiedy prawie udało mi się namówić supervisora Viva Air Peru na zorganizowanie nam bezpłatnej wycieczki do Iquitos w ramach przeprosin za zamieszanie z lotem Lima-Arequipa.
3:40. Poranna toaleta i w drogę. Kanapek nie ma ani przed pokojem ani na ladzie recepcji. Głodni wychodzimy z hotelu w kierunku Machu Picchu. Mamy wrażenie, że miasto śpi. O tym w jak dużym błędzie jesteśmy świadczy niekończąca się kolejka ludzi czekająca na autobus, który przed 6 rano zawiezie pierwszych pasażerów pod ruiny.

O 4:30 stajemy przed mostem prowadzącym do ruin. Podobnie jak jakieś 60-70 innych osób i oczekujemy na otwarcie. Po pół godziny startujemy. Już po kwadransie cały tłum wyraźnie się rozrzedza. Część osób śrubuje nieosiągalne tempo, część postanawia odpocząć. Staramy się nie robić zbyt długich przerw. Pokonujemy strome schody i własne słabości. Marsz trwa godzinę, ale zdaje się nie mieć końca. Bladzi ze zmęczenia docieramy na czele grupy. Włosy mamy mokre. Z biletami i paszportami ustawiamy się w kolejce do wejścia. Dochodzi 6 rano.

-Yaku? – ze zdziwieniem próbuje odczytać moje imię kasjer.
-Tak, można tak powiedzieć. Czyli “woda” w języku Quechua, prawda? – znaczenie słowa tak podobnie brzmiącego do mojego imienia wyjaśniono mi pierwszego dnia w Peru.
-Prawda – roześmiał się kasjer – miłego zwiedzania

Czegokolwiek nie napiszę o Machu Picchu, nie będzie to w stanie oddać magii, piękna i unikatowości tego miejsca. Widok słońca odbijającego się w majestacie inkaskich ruin zostanie z nami na zawsze. Spędzamy tam dwie i pół godziny, spacerując po zdecydowanie najwspanialszym miejscu, które widzieliśmy.

Machu Picchu

Machu Picchu

Machu Picchu

Droga powrotna wcale nie jest szybsza, a ból nóg związany z wcześniejszym marszem z Hidroelectrica i poranną wspinaczką staje się nieznośny. W dodatku przed nami jeszcze 11 kilometrów z Aguas Calientes do wioski, z której odjeżdżają autobusy. Istne szaleństwo.
W czasie drogi powrotnej pogoda dopisała. Niestety na miejscu zjadają nas małe muszki, które pojawiły się dosłownie znikąd, najwidoczniej z zamiarem pokazania kto tu rządzi. Na nic zdają się repelenty z deetem. Z jednej strony pali nas słońce, z drugiej zjadają uciążliwe insekty.

Droga z Hidroelectrica do Aquas Calientes

Nie potrafię zrozumieć dlaczego Peruwiańczycy tak często utrudniają sobie życie. Dali nam się poznać jako wspaniały, serdeczny, mądry i zaradny naród. Tym bardziej nie rozumiem kilku rzeczy… Dlaczego podają cenę w dolarach i mają kłopot z przeliczeniem jej na własną walutę? Dlaczego budują toalety, w których zadaszenie jest niekompletne? Dlaczego nie zorganizują sobie linii autobusowych jeżdżących według rozkładu?

Tym razem zastanawia mnie powrót z miejscowości Hidroelectrica do Cusco – gwoli ścisłości bilety kupiliśmy od razu w obie strony. W Hidroelectrica nie ma dworca, nie ma przystanków autobusowych, nie ma punktu informacyjnego, nie ma oznaczeń na autobusach. Jak podróżni znajdują się z kierowcami? Kierowcy na środku placu wykrzykują imiona i nazwiska swoich pasażerów i zbierają ich. Po kilku smsach do biura podróży udaje mi się znaleźć nasz transport. Ruszamy z dwugodzinnym opóźnieniem. Warto dodać, że kierowca jest od 7 rano w trasie. Skończy ją około 22. Po drodze czeka nas przejazd wąskimi, górskimi drogami przy urwiskach, słuchanie peruwiańskiego Krzysztofa Krawczyka na pełen regulator i otwieranie okna przy temperaturze około 5 stopni – kierowca zrobi wszystko, żeby tylko nie zasnąć. Skłamałbym pisząc, że powrót był przyjemny. Trudno się nie denerwować i nie martwić w takiej sytuacji. Na szczęście dojeżdżamy cali i zdrowi.

Wszystko co dobre…

Lot powrotny z Cusco do Limy. Przed nami jeszcze kilka lotów. Do Meksyku, do Amsterdamu i do Warszawy. Po wylądowaniu na płycie lotniska Jorge Cháveza kierujemy się na przystanek autobusowy położony obok  głównego wejścia na lotnisko. Łapiemy autobus. Potem, będąc już bliżej centrum wsiadamy do taksówki. Jestem mistrzem negocjacji ceny po hiszpańsku:

-Witam, ile pan weźmie za kurs do San Isidoro?
-18 soli? – odpowiada kierowca, gotowy negocjować
-Chce 28 soli – mówię Judycie
-Zapytaj o 20 – odpowiada narzeczona
-Szefie, da radę za 20 soli?
-Tak, wsiadajcie.

Tak oto udało mi się namówić kierowcę, żeby wziął ode mnie 2 sole więcej. Przysięgam, następnym razem lepiej ogarnę hiszpańskie liczebniki.
Na miejscu wyciągam 50 soli i czekam na resztę. Kierowca marudzi. Prosi o inne banknoty. Może nie ma wydać? Dajemy mu 20 soles i wychodzimy.
W hotelu zostawiamy bagaż, bierzemy prysznic i idziemy na obiad do pobliskiej knajpki. Pollo a la brasa. Po raz ostatni. Pyszne, tego nam było trzeba. Rachunek opiewał na sumę 46 soli. Zostawiam 50, których nie wziął taksiarz i wychodzę. Dwa skrzyżowania dalej dopada nas zdyszana kelnerka:

Señor, ese dinero es falso
-QUE?! – pytam, a w głowie cała układanka się zamyka. Nie powąchałem, nie pomiętosiłem mojej gotówki jak radził nam Jorge. Teraz rozumiem dlaczego taksówkarz poprosił o inny nominał. To ostatnie 50 soli, które miałem. Płacę kartą i zastanawiam się czy to już koniec szalonych przygód, które nas tutaj spotkały. Jutro czeka nas 24 godzinny powrót do Polski.

Peru to kraj, który potrafi pochłonąć bez opamiętania. Nasza podróż obfitowała w skrajności, jednak wspomnienia, które przywieźliśmy do Polski są niemal wyłącznie pozytywne. Najwspanialsi są ludzie. Tak nam bliscy kulturowo, a jednak całkiem inni. Zdecydowanie bardziej otwarci. Serdeczni, uśmiechnięci, przyjmujący życie z pokorą. Darzą innych ludzi zaufaniem, nie starają się oskubać turysty na każdym kroku. W przestrzeni publicznej trudno spotkać pijanych ludzi. Równie rzadki widok stanowią palacze tytoniu. Łatwiej spotkać tu pucybuta i hodowcę lam, niż bezdomnego alkoholika i złodzieja. To piękny kraj i piękni ludzie, a my możemy się od nich jeszcze wiele nauczyć.

Lima, Peru

Dla niecierpliwych poniżej podaję informacje praktyczne i koszty:

-Przelot Amsterdam-Lima-Amsterdam – 850 zł RT (dzięki fly4free.pl!)
-Przelot Warszawa-Amsterdam-Warszawa – 450 zł RT
-Przelot Lima-Cusco-Lima – 250 zł RT
-Koszt obiadu w restauracji – 20-25 zł
-Pokój dwuosobowy – 60-120 zł
-Bilet wstępu do Machu Picchu – 170 zł
-Przejazd Taksówką z lotniska w Limie do dzielnicy Miraflores – 56 zł
-Przejazd autobusem z przystanku przy lotnisku w Limie do dzielnicy Miraflores – ok. 2,5 zł
-Przejazd Autobusem na trasie Cusco-Hidroelectrica-Cusco – 100 zł (można i taniej)
-Do odwiedzenia Machu Picchu nie potrzeba przewodnika (biura podróży naciągają turystów, polecam zwiedzić ruiny na własną rękę)
-Bilety do Machu Picchu można kupić w Cusco, ale bezpieczniej kupić je jeszcze z Polski przez Internet. Trzeba mieć potwierdzenie przelewu. Płatność tylko kartą MasterCard
-Jedzenie i picie, które można kupić przed Machu Picchu jest bardzo drogie. Koszt małej butelki wody to jakieś 8 złotych, batonik 10 zł
-Na teren Machu Picchu można wnieść własny prowiant (apeluję do czytających o nie wyrzucanie papierków)
-Można mieć ze sobą małą torebkę lub mały plecak. Duży trzeba zostawić w specjalnym schowku
-W Peru jest względnie bezpiecznie, ale istnieje ryzyko napadu rabunkowego
-Linie lotnicze Viva Air Peru to nieporozumienie (dwa odwołane loty jednego dnia, niekulturalna obsługa, brak języka angielskiego, wprowadzanie pasażerów w błąd, zgubienie bagażu znajomych; samoloty podobne jak w Ryanair i WizzAir), warto przepłacić i lecieć z regularną linią peruwiańską

20 myśli na temat “Peru – paleta barw na andyjskim szlaku

  1. Fajnie napisane 🙂 my też wybraliśmy opcję budżet w drodze do MP, ale na szczęście całkiem ominęła nas choroba wysokościowa bo wcześniej byliśmy jeszcze wyżej w Boliwii.

  2. To się nazywa przygoda… jak widać, nie zawsze wszystko musi iść idealnie według planu, ale chyba właśnie te sytuacje wspomina się z największym sentymentem. Nie miałam jeszcze okazji zwiedzić żadnego miejsca w Ameryce Południowej i jest to dla mnie mega egzotyka. Tym milej czytało się mi Twój wpis. Dobra robota! 🙂

  3. Krzykacz-bileter mnie totalnie zadziwił! Podobają mi się te sekcje z dialogami, to wprowadza taki żywy klimat, świetnie! A Machy Picchu to marzenie! Koleżanka z Gdańska właśnie jest w Peru, pojechała sama na wycieczkę z zamiarem m.in. zdobycia właśnie Machy Picchu. Zazdroszczę przecudnych widoków i przeżyć! Pozdrowienia z Gdańska. 🙂

  4. Jedno wielkie WOW. Gdybym mogla to sama bym tak chciala podrozowac 😃 ale nie mam jak wiec czytanie relacji pozawala mi poznawac nowe zakatki. A zdj z machu pichu… rewelacyjne

  5. Witam. Planuję wyjazd do Peru i jestem na etapie kupowania biletu lotniczego. “Przelot Amsterdam-Lima-Amsterdam – 850 zł – “Czy w tej kwocie nie zabrakło jeszcze jednego zera?

    1. Witaj Katarzyno!
      Bardzo mi miło, że zajrzałaś na mojego bloga :). Kwota się zgadza, ale pamiętaj, że to była wyjątkowa okazja (promocja AeroMexico). Jeśli poszukujesz dobrych okazji lotniczych szukaj ich na stronach typu fly4free.pl albo loter.pl. Możesz też spróbować poszukać czegoś sama na skyscanner.pl. Niedługo na naszym facebooku pojawi się podcast na temat kupowania tanich biletów.
      Jak masz jeszcze jakieś pytania, to pisz przez bloga lub na facebooku:),
      Pozdrowienia,
      Kuba

      1. Dziękuję za odpowiedź i chęć pomocy:) Dobrych okazji lotniczych poszukuję od trzech tygodni i daleko mi do ceny, którą Ty zapłaciłeś. Szukam też na stronach, które wymieniłeś, ale jeszcze nie trafiłam na okazyjną cenę.
        Planuję być w Plamie 15.02., a więc do zobaczenia.
        Pozdrawiam.
        Katarzyna

  6. Świetny wpis 🙂 Dobrze się czyta. A Twoje przygody – niby takie codzienne – ale świetnie opisane. Aż chciałoby się tam pojechać 🙂 No i zmotywowałeś mnie do nauki hiszpańskiego 🙂

  7. Mnie się bardzo podobało w Limie, podobną trasę mieliśmy. Kontakty z tubylcami sa bezcenne, lubie poznawać ludzi w podróży. Peru jest niezwykłe i chce się wracać. Ja miałam to szczęście, że leciałam tylko 6 godz. Z Atlanty. Pozdrawiam serdecznie i wielu podrózy wspaniałych!

  8. Ach, Lima.. W sumie przemieszkałyśmy tam chyba ze 3 miesiące w różnych okresach naszej podróży, z czego przynajmniej tydzień na Comas, dzielnicy okrytej bardzo złą sławą.. Gaja była maleńka, miała 20 miesięcy.. Peru jest piękne, spędziłyśmy tam rok, szwędając się po najrozmaitszych jego zakątkach, często poza tzw ubitym traktem.. I choc za sobą mamy już 4 lata w podróży, kawał Ameryki Łacińskiej i Azji odwiedzionej w tym czasie, wciąż mnie ciągnie do Peru, gdzie zostało moje serce..

  9. Oj mieliście sporo tych przygód w Peru 🙂 Prawdę mówiąc, Wasz wyjazd jest godny podziwu. Nie jesteśmy pewni czy poradzilibyśmy sobie w tak ekstremalnych warunkach, ale podobno w takich sytuacjach człowiek najbardziej siebie poznaje 🙂

Dodaj komentarz